- Takich sytuacji będzie coraz więcej - prognozuje Sylwester Pawłowski, poseł Sejmowej Komisji Polityki Społecznej i Rodziny. - Wszystko przez biedę i bezrobocie. Od 2005r. nie uległy zmianie progi dochodowe do przyznawania zasiłków, pensje też nie rosną proporcjonalnie do wydatków. Dzieci są wrażliwe i dlatego włączają się w poszukiwanie pracy dla rodziców. Chcą pomóc, jak tylko potrafią.

10-latka pisze do premiera Tuska:

Dzień dobry. Mam na imię Natalia. Mam 10 lat. Moja mama od roku nie może znaleźć pracy. Możecie jej pomóc? Mieszkamy w Łodzi. Moja mama jest nauczycielem matematyki i uczy się, aby być nauczycielem maluchów. Mój tata od 7 lat z nami nie mieszka(...).Moja mamusia się stara szukać pracy, ale jej nie wychodzi. Może Wam coś się uda.
Natalia

Kancelaria premiera do 10 -latki:

Droga Pani!
My nie pośredniczymy w szukaniu pracy. Proszę poszukać na stronach www.praca.gov.pl.
Kancelaria Premiera


za: praca.wp.pl
Jak policzył serwis cracked.com amerykańska organizacja broniąca praw autorskich RIAA oskarża serwis The Pirate Bay o to, że pomógł "ukraść" więcej dolarów niż jest na ziemi.
RIAA domaga się odszkodowania od The Pirate Bay w wysokości 13 milionów dolarów za 34 przypadki naruszenia praw autorskich. Jeśli to prawda, w takim razie, jak podkreślają autorzy cracked.com, wartość jednego pliku to 382 353 dol.
Warto przypomnieć, że odtwarzacz muzyczny o pojemności 8 gigabajtów, może zawierać ok. 2000 utworów. Zgodnie z "przelicznikiem" RIAA ich zsumowana wartość wyniesie 764 705 822 dolary, co czyni z odtwarzaczy muzyki jedne z najbardziej wartościowych przedmiotów na ziemi.
W trakcie całego istnienia The Pirate Bay, szacuje się, że ściągnięto ok. miliarda utworów. Wg. RIAA mają więc one wartość 382 bilionów dol., tymczasem na świecie istnieje jedynie 8,3 biliona dolarów. Tak więc zdaniem RIAA The Pirate Bay przyczynił się do "kradzieży" o wartości ok. 46 razy większej niż istnieje dolarów na ziemi.


za: Centrum Informacji Anarchistycznej
Philip Roth sam pomysł takiej konfrontacji uznałby za idiotyczny, a porównanie jego biografii i twórczości z życiorysem i dokonaniami artystycznymi Allena – za obraźliwe. Pierre Assouline, redaktor naczelny „Lire”, rozmawiał kilka lat temu z Rothem na temat roli Żydów w amerykańskiej kulturze i w pewnym momencie zapytał także o reżysera „Zeliga”. Amerykański pisarz odpowiedział zdecydowanie, że Allen jest w tej kategorii najgorszym z możliwych przypadków, a jego sława możliwa jest tylko dzięki europejskiej naiwności: „To nawet w jakiś sposób rozczulające. Jego filmy są puste, infantylne... Nie ma w nich nawet embrionu myśli i jakiejkolwiek inwencji. Jego wizja środowiska intelektualistów to śmiechu warty stereotyp. On sam nie jest intelektualistą, ale konsumentem kultury... Nie wie nic o społeczeństwie, o którym mówi... Zupełnie nie rozumie, jak naprawdę żyją ludzie, bo ich nie odmalowuje... To po prostu karykatura”. Amerykański pisarz ostro krytykuje twórcę, z którym – paradoksalnie – wiele go łączy. Od bycia amerykańskim Żydem w Nowym Jorku, przez nieustannie eksploatowane w kolejnych książkach obsesje (na punkcie seksu, śmierci, Boga etc.), aż po błyskotliwe, szydercze poczucie humoru i pracoholizm (prawie co roku ma premierę nowy film Allena lub nowa powieść Rotha).


Szkic pt. "Nowojorskie opowieści Rotha" w całości do przeczytania tutaj
Jessica Simpson zaskoczyła żołnierzy marynarki USA wizytą na pokładzie USS Harry S. Truman oraz... niedyspozycją żołądkową.
Aktorka i piosenkarka odwiedziła żołnierzy w piątek, 1 października, ale jej spotkanie z armią szybko przybrało nieoczekiwany obrót.
- Jessica przyleciała helikopterem i wypiła tylko 3 Red Bulle - wyjaśnił informator "Us Weekly". - Potem narzekała, że jest zbyt gorąco na zewnątrz. Zaśpiewała tylko jedną piosenkę, a potem zwymiotowała. Zresztą już przed występem była odwodniona i źle się czuła - została nawet podpięta do kroplówki. Doktor powiedział jej, żeby nie śpiewała, ale ona i tak poszła. 


za: muzyka.wp.pl
– Raczej to niestosowne, by w siedzibie lewicowego pisma [siedziba "Krytyki Politycznej" w Warszawie - przyp. GW] robić takie rzeczy, czyli mówić o Solidarności” – oceniają rozmówcy „Rz”. 
za: "Rzeczpospolita"

„Pozdrawiam nieudaczników, którzy na tyle NIC nie umieją, że zasługują TYLKO na płacę minimalną”, napisała pani Elżbieta Igras, radna ursynowska z ramienia PO. Ramienia zbrojnego można by powiedzieć, skoro czuje się w obowiązku głosić swoje poglądy na profilu Wojciech Olejniczaka i w ten sposób komentować jego notkę o pensji minimalne. Notkę pokazującą zresztą to, co wszyscy wiedzą, czyli jak bardzo obecny rząd ma w nosie losy najbiedniejszych pracowników. Otóż związkowcy dogadali się z pracodawcami, żeby w przyszłym roku pensja minimalna wzrosła do 1408 złotych. Jednak rząd uznał, że nie musi tej ugody honorować i pensja minimalna będzie wynosić 1386 złotych. Różnica niewielka, ale znamienna. Po co podnosić pensję nieudaczników, którzy na tyle nic nie umieją, że zasługują tylko na pensję minimalną? Oczywiście nie ma to żadnego sensu. Nieudacznicy na szczęście jedzą pasztet, więc można im podnosić VAT, żeby łatać dziurę budżetową. Ale pozwolić, żeby ich minimalne zarobki minimalnie wzrosły? Bez sensu.


za: KP

Patrz także tutaj.
Pochodzący z Łodzi młody biznesmen już podlicza sobie, jak wysokie odszkodowanie trafi w jego ręce po procesach, które będzie chciał wytoczyć państwu. 15-16-17 milionów złotych – licznik cały czas dodaje kolejne złotówki. Jego zdaniem właśnie takie pieniądze zarobią dilerzy narkotyków po wstrzymaniu sprzedaży dopalaczy.
Media od razu okrzyknęły go mianem "króla dopalaczy". Sam jednak nie przypisuje sobie takiego tytułu. Ot – biznesmen i wizjoner. A że handluje substancjami psychoaktywnymi, to już osobna para kaloszy. 

za: onet.pl
Dawid Bratko z dopalaczami pierwszy raz zetknął się na Wyspach Brytyjskich. Pracował tam jako barman. Wrócił do kraju i w październiku 2008 r. otworzył swój pierwszy sklep na ul. Piotrkowskiej w Łodzi. [...]
Jego firma jest profesjonalnie zorganizowana. Ma wystawną siedzibę, zatrudnia dobrych adwokatów i oczywiście chemików, którzy natychmiast reagują na zmiany w przepisach. [...]
Nie kryje też pogardy dla swoich klientów. - To debile - powiedział w TVN o ludziach, którzy kupują dopalacze. Sam nie zażywa tych środków, argumentując, że "narkotykowi dilerzy też tego nie robią".


za: gazeta.pl
Oto poeta dostaje istotne nagrody literackie zwykle zgarniane przez prozaików, przez kilka minut stoi w świetle zarezerwowanym dla celebrytów, może nawet - gdyby poeta zechciał - zaprosi go do siebie któraś z komercyjnych stacji? I co? Czy to coś zmienia? Czy następnego ranka poetycki detal trafi do hurtu, swoją cienką aparycją rozepchnie księgarskie półki, pójdzie w dłonie czytelników jak ciepłe bułeczki? Wątpliwe, prawda? Następnego dnia uroczyste dzisiaj stanie się wczoraj, wszystko wróci do normy, a w przyszłym roku nagrodę będzie można ze spokojem przyznać prozaikowi. Prozaik przynajmniej powie coś śmiesznego i po ludzku, uśmiechnie się jak człowiek do kamery, będzie umiał porozmawiać o problemach społecznych i polityce, a kto wie, może nawet da się namówić, by poprowadzić tokszoł? I wszyscy odetchną z ulgą. A poeta wreszcie zajmie się tym, co lubi najbardziej - poezją i sobą.

za: biuroliterackie.pl
Cios dla pism pornograficznych zadany przez Internet jest o wiele dotkliwszy niż cios dla pism literackich. Pornomani to głównie poczciwi wzrokowcy, a wśród literaturomanów mamy więcej fikuśnych fetyszystów (róg zagiąć, papier powąchać, LnŚ na półce się posnobować).


za: nieszuflada.pl
Nietzsche wiedział, że praca narządów trawiennych wpływa na sposób widzenia świata. Jeśli trawiący nie przyznaje się do tego wpływu, to jest tchórzem, kłamie, wypycha żywe życie z życia i skończy marnie jako zasuszona mumia. Kiedy Nietzsche był już bardzo chory, ściśnięty, bezsilny, pomiędzy matką i siostrą, pisał: „mamusiu, chcę kupę, siostrzyczko, chcę pierdzieć!”.
Nasze życie składa się z wielu warstw i z wielu przemilczeń. Dlaczego macierzyństwo uznaje się za chwalebne i jawne, a chwile zapłodnienia za intymne i nie wolno o nich mówić? Dlaczego scenę pierwotną spycha się na pornografię lub na bociana? Dlaczego dwa ciała ścierające się w wydzielinach i podrygujące, mieszające płyny, są czymś gorszym niż rozwarte ciało oddające wody płodowe? Na czym polega różnica? Gdzie przebiega granica wstydu? W Wiedzy radosnej Nietzsche pisał o córeczce, która zadała mamusi pytanie, czy to prawda, że Pan Bóg tkwi wszędzie. Mamusia odpowiedziała: ależ to nieprzyzwoite, moje dziecko. Dlaczego nieprzyzwoite? Odpowiedź wydaje się prosta. Mamusia się wstydzi, że była mokra, kiedy jakiś mężczyzna, wśliznąwszy się w nią, śmiesznie podrygiwał i sam się zmoczył. Odpowiedź Aby Warburga na pytanie mamusi z Wiedzy radosnej wydaje się precyzyjna. Aby Warburg odpowiedział: „Pan Bóg tkwi w szczegółach”. W wydzielinach też tkwi. W pierdzeniu też tkwi prawda.


za: ksiazki.wp.pl
- Od 10 kwietnia ma się wrażenie, że polskie państwo jest okupowane przez Kościół. Trzeba je odzyskać - mówił Palikot. - Chcę uroczystości państwowych bez wypasionych biskupich brzuchów - dodał i poruszył sprawę zapłodnienia in vitro. - Z tej ustawy można skorzystać, ale nie trzeba, nikt nikogo nie zmusza - grzmiał Palikot. - Doszło do takiej dominacji Kościoła w życiu publicznym, że nie możemy się przebić z prostym przesłaniem: dopóki ustawa, aborcji czy nie zmusza nikogo do aborcji, in vitro i edukacji seksualnej, to nie może być niezgodna z nauką Kościoła - oświadczył poseł. W dalszej części emocjonalnego przemówienia lubelski poseł opowiedział się za usunięciem religii ze szkół, prawem kobiet do aborcji, darmową antykoncepcją, refundowaniem in vitro, wprowadzeniem edukacji seksualnej w szkołach, likwidacją kościelnej Komisji Majątkowej i zniesieniem Funduszu Kościelnego. Zaapelował o zaprzestanie subwencjonowania Kościoła z budżetu państwa. - Kiedy państwo stanie się świeckie, to silny obywatel będzie stał wobec służącego mu państwa, a nie odwrotnie - oświadczył poseł.


za: wiadomosci.gazeta.pl
Staniszkis potwierdziła, że wiedziała o tym, że prezes PiS brał leki i twierdzi, że była temu przeciwna: - Brał, ja sama jak go spotkałam w tym sztabie wyborczym, to prosiłam go, żeby nie brał, bo wiem jak to działa, człowiek traci kontrolę nad sobą. I rzeczywiście, to wpłynęło na jego sposób bycia, przynajmniej w początku kampanii. (...) To wyjaśnia bardzo wiele rzeczy - oceniła.
- Może nie pamiętać, co myślał wtedy, bo te proszki zacierają pamięć. (...) Te środki powodują, że on nie pamięta siebie z kampanii - mówiła socjolog w TVN24.


za: gazeta.pl
– Jesteśmy za podatkiem od bezdzietności. Nie może być tak, że ludzie, którzy wychowują dzieci dla społeczeństwa, ponoszą tego wielkie koszta. A poza wydatkami, wyrzeczeniami, są w jeszcze gorszej sytuacji do emerytury, bo mają okresy nieskładkowe – tłumaczy poseł PSL Mieczysław Kasprzak (57 l.). I atakuje bezdzietnych: – Nie może być tak, że że w społeczeństwie nagradza się bimbających i myślących tylko o swej wygodzie, apartamentach, samochodach i wczasach!
Czy jego koledzy z koalicyjnej Platformy mają równie radykalne podejście do problemu starzejącego się społeczeństwa? – Musimy zdać sobie sprawę z tego, że nasze społeczeństwo się starzeje, przyrost naturalny mamy jeden z najniższych w Europie, za chwilę będzie dramat – wyjaśnia posłanka Magdalena Kochan (60 l.) z PO, członek sejmowej komisji polityki społecznej i rodziny.
Platforma Obywatelska zastanawia się nad kilkoma rozwiązaniami, skąd wziąć pieniądze na emerytury i opiekę nad starszymi niepracującymi osobami. I rzeczywiście, jednym z nich ma być właśnie wprowadzenie podatku od bezdzietności. Chodzi o to, by osoby nie wychowujące dzieci płaciły specjalny podatek. Ta danina trafiałby do wspólnej puli, z której utrzymywane byłyby osoby w podeszłym wieku, wymagające stałej opieki. Kto miałby płacić taki podatek?
– I tak zwani single, i małżeństwa – nie ma wątpliwości poseł Kasprzak. – Bo przecież to dzieci innych będą im zapewniały emerytury. Co do wieku, od jakiego należałoby płacić ten podatek, trzeba się skonsultować ze specjalistami, bo teraz wiek dzietności się wydłużył. Myślę, że powyżej 40-stki.


za: media.wp.pl
Agnieszka Frykowska przejdzie do historii show-biznesu jako pierwsza osoba, która przełamała tabu seksu w programach typu reality show. Widzowie mogli oglądać jej zbliżenie z Kenem w jacuzzi. Najwyraźniej aktorce – pamiętajcie, że Frytka ma już na to dyplom – zaczął przeszkadzać stary wizerunek. Zaczęła od zmiany imienia na Maja, a teraz rozprawia się z etykietką rozwiązłej dziewczyny. Oczywiście w telewizji.
"Żeby pójść do łóżka trzeba poczuć tego człowieka" – niespodziewanie stwierdziła Maja Frykowska w programie Pytanie na śniadanie. "Nie mam stałego partnera i nie współżyję zbyt często. Najważniejsza rzecz to spotkać tę drugą osobę. Seks jest bardzo intymną sprawą. To musi być osoba, która nas w pełni akceptuje".

za: pudelek.pl
W mieście Covington w amerykańskim stanie Luizjana naga kobieta ukradła samochód taksówkarzowi, a potem zasnęła w nim – podaje serwis newsru.ua.
Do incydentu doszło w nocy ze środy na czwartek. 29-letnia kobieta zatrzymała taksówkę i poprosiła kierowcę, aby odwiózł ją do domu, który znajduje się stanie Michigan (2 tys. km trasy – red.).
Taksówkarz odmówił, a wtedy kobieta na tylnym siedzeniu samochodu zaczęła się rozbierać. Kierowca kilka razy zwrócił się do dziewczyny z prośbą, aby wyszła z samochodu, lecz kobieta nie reagowała. Wtedy taksówkarz postanowił odwieźć ją na posterunek policji.
Kierowca podjechał przed komisariat, wszedł do budynku, aby wezwać funkcjonariuszy, jednak klucze zostawił w aucie. 29-letnia kobieta wykorzystała sytuację i uprowadziła samochód.
Policja szybko znalazła auto, a w nim śpiącą na tylnym siedzeniu nagą kobietę.


za: wiadomosci.onet.pl

Zdjęcie pochodzi ze strony internetowej Bohdana Gadomskiego, na której mogą Państwo zapoznać się z dziesiątkami podobnych arcydzieł fotografii. Wstrząs estetyczny gwarantowany: http://www.gadomski.net.pl/
Saper myli się ponoć tylko raz, Bronisław Wildstein myli się nieustannie. Mylić się regularnie i przeżyć, to luksus znany tylko publicystom. Już po raz kolejny Bronisław Wildstein myli się na temat „Krytyki Politycznej”. Jeszcze dwa miesiące temu KP miała być jego zdaniem wyobcowana z polskości, dlatego, że posmoleńską żałobę przeżywała inaczej niż on. Wkrótce okazało się jednak, że większość głosujących Polaków przeżywa Smoleńsk inaczej niż Wildstein i inaczej niż Wildstein w konsekwencji głosuje. Dziś Wildstein przedstawia z kolei KP jako gromadę zblazowanych „kontrkulturowców”, których nie obchodzi nic poza radykalną obyczajówką i która gardzi ludem (miłość Wildsteina do ludu to zresztą zjawisko, którego fundamenty są niepewne i dość tajemnicze). O ile relatywny brak zainteresowania kwestiami społecznymi, rozwarstwieniem, wykluczeniem, redystrybucją… kiedykolwiek był udziałem Krytyki Politycznej, to taki przechył skończył się ładnych parę lat temu. Ale Bronisław Wildstein, zawsze kiedy pisze o lewicy, rozmawia z samym sobą i z samym sobą koresponduje.

Fragment felietonu Cezarego Michalskiego z witryny KP.
Gary Stewart, 37-letni gej z Wielkiej Brytanii próbował otruć swoje dwie sąsiadki lesbijki trutką na ślimaki. Miał to być odwet za oskarżenie go o kradzież trójnogiego kota.
Stewart i jego znajome lesbijki od dłuższego czasu żyli skłóceni. Gary był bowiem podejrzewany o uprowadzenie kota lesbijek. Miał wywieźć trójnogiego zwierzaka za miasto i tam go porzucić – donosi dziennik „Daily Mail”.
Po długich miesiącach waśni wreszcie pojawiła się nadzieja na poprawę sąsiedzkich relacji. Gej zaproponował bowiem swoim znajomym wspólny obiad – czytamy w dzienniku.
Gary pojawił się w domu swoich sąsiadek z daniem curry tłumacząc, że zamówił zbyt dużo jedzenia na wynos. Kiedy kobiety zasiadły do stołu zauważyły w jedzeniu granulowaną trutkę na ślimaki.
Lesbijki niezwłocznie wezwały policję i ich sąsiad został zatrzymany.
Mieszkańcy miasteczka, w którym żyje Stewart twierdzą, że kiedy mężczyzna przed kilkoma laty wprowadził do domu swojego partnera był przykładnym sąsiadem. Dopiero od pewnego czasu stał się mściwy i kłótliwy.

za: ulubiency.wp.pl
Jestem jednym z nielicznych ludzi, którzy przeczytali powieść Wildsteina „Dolina Nicości“. Kupiło ją podobno 20 000 osób, ale jedna z nich to narkoman (ja), dwie inne to socjopaci (Ziemkiewicz i Gowin), a pozostałe 19 997 - analfabeci. „Dolina Nicości“ to fascynujący zapis masochistycznych fantazji seksualnych autora (jego alter-ego, redaktor „Wilczyński“ z obwisłym piwnym brzuchem, nagi i upokorzony przez młodą i sprawną kochankę, przez demonicznego Żakowskiego, przez supermena-Michnika, który odbiera mu pracę, honor i młodą laskę… A do tego rojenia na temat Kazimiery Szczuki, która tutaj nazywa się Bies i występuje jako sroga domina, znęcająca się nad Geremkiem, Sierakowskim i biskupem Życińskim… A do tego sceny, w których ubecy rozbierają do naga Żakowskiego i podziwiają jego genitalia…). Przeczytałem to wszystko dokładnie, uważnie i z szeroko otwartymi oczami. Mógłbym więc tutaj się porozwodzić nad tym, jak Jelonek Bambi poznaje świat, czyli jak Bronek W. postrzega lewicę. Ale nie zrobię tego. Po pierwsze, Cezary zrobił to, jak trzeba. Po drugie, lepiej nie zwracać za wiele uwagi na takie Dzikie Cosie, jak Pośpieszalski czy Wildstein. Ci panowie są tym, co po polsku nazywa się „wampir energetyczny“, a po angielsku jeszcze celniej: attention whore. Toto domaga się nieustannej uwagi, bo bez tego jest chore.

Fragment (świetnego) felietonu Tomasza Piątka z witryny KP

Ukradzione Jankowi Bińczyckiemu. Pozdrawiamy Janka.
Nie sposób przecenić zasług Biura Literackiego, jednak Artur Burszta powinien sobie jedno uprzytomnić: za propagowanie chałtury krytycznoliterackiej będzie cierpiał po śmierci w czyśćcu.


Cytat stąd.
Okupacja krzyża i nieudane jego usunięcie nie tylko po raz kolejny wskazują na uprzywilejowaną pozycję Kościoła, który obok deweloperów jest jednym z głównym aktorów społecznych, wpływających na sposób, w jaki interpretowane jest prawo do zgromadzeń i współtworzenia przestrzeni miejskiej. Co więcej – pokazują one konieczność podjęcia dyskusji nie tylko o roli Kościoła jako silnego aktora przestrzeni publicznej, ale również poszukania odpowiedzi na pytanie, jaki rodzaj oddolnych inicjatyw chcemy wspierać, a którym zdecydowanie będziemy się przeciwstawiać? O jakim miejskim ruchu społecznym fantazjujemy? Co dzieli, a co łączy lokalny stragan z warzywami, wietnamską budkę z jedzeniem i stoiska z coca-colą? Czym się różni krzyż od stoiska ze sznurówkami? Jak uniknąć zarówno pułapek wspierania inności i samorodności w mieście, jak i autorytarnych odruchów, które pojawiają się, kiedy okazuje się, że nasze wymarzone inkluzywne społeczeństwo jest zdecydowanie ekskluzywne i wobec naszych przeciwników chcemy stosować te same środki opresji, które wcześniej krytykowaliśmy jako niedopuszczalne?  


Całość komentarza Joanny Erbel na witrynie KP
Kobieta zmysłowa potrafi niespodziewanie wyjść poza swoje codzienne ramy. Na przykład pojechać po męża na lotnisko nago w samym futrze i szpilkach.


Za: pudelek.
Wiem, wiem, krzyż musi zniknąć. Ale powiem wam w sekrecie, że mi go będzie szkoda. Lubię teorie spiskowe. Lubię sobie na męczeństwo groteską podszyte popatrzeć. Lubię dreszcz, co mi pod krzyżem po krzyżu chodzi. Że rozdział państwa i Kościoła? Jasne, jestem za, ale co ma do tego krzyż na miejskim chodniku? Na Podlasiu co krok takie same stoją, wstążeczki mają podoczepiane i Matka Boska obowiązkowo przy każdym stoi. Oburza mnie raczej krzyż w lokalu wyborczym. Mówi mi: nie podskakuj, tu kraj katolicki jest i państwo też. A ten krzyż jest w sprawie żałoby. Szalonej i upolitycznionej, to fakt. Ale polityczny obłęd jest zbiorowej żałoby nieuchronnym składnikiem.


Całość komentarza Agnieszki Graff w "Przekroju". 
Co oznacza decyzja zainteresowanych instytucji i organizacji, żeby krzyż zostawić, nie wiem. Mądry głupiemu ustąpi? Czyli krzyżem można manipulować politycznie? Czyli państwo jest słabsze niż kilkudziesięciu fanatyków?


Całość komentarza Jana Turnaua na stronie GW.
Trzeba powiedzieć jasno, że obrona krzyża pod pałacem nie jest żadną walką o pamięć ofiar katastrofy. Krzyż ma zostać pod Pałacem z tego samego powodu, z jakiego krzyż wisi już w Sejmie. Część katolików chce wykorzystać sytuację, aby kolejną instytucję państwową naznaczyć symbolem jednego wyznania i w ten sposób zaklepać sobie monopol na określanie tego, czym jest to państwo i jaką politykę może realizować.


Całość komentarza Macieja Gduli na witrynie KP
Przeciwnicy przeniesienia krzyża przerwali kordon policji. Policjanci wyprowadzili kilku agresywnych pikietujących. Gdy księża z kościoła św. Anny przyszli po krzyż, protestujący zaczęli krzyczeć w ich stronę m.in.: "Kim jesteś, ubekiem czy księdzem?".
Tłum krzyczy w stronę policjantów, harcerzy i księży także: "Hańba!" i "Judasze!", "Targowica!", "Zdrajcy!" i "Nie oddamy krzyża". Straż odprowadza na bok niektórych uczestników zajść. Zgromadzeni zaczęli głośno odmawiać różaniec, śpiewać "Barkę".
Wcześniej jedna z kobiet próbowała przywiązać się do krzyża. Zareagowali na to funkcjonariusze Biura Ochrony Rządu i siłą odciągnęli ją od krzyża. W obronie kobiety stanął mężczyzna. Doszło do przepychanek. Kordon funkcjonariuszy Biura Ochrony Rządu otoczył krzyż. Ludzie, którzy modlili się pod krzyżem, zostali od niego odsunięci. [...]
Obrońcy Krzyża przyjeżdżają pod Pałac Prezydencki z całej Polski. Zbigniew Zbelniak ze Społecznego Komitetu Obrony Krzyża przyjechał, jak co dziennie, z Siedlec. Przywiózł swoim towarzyszom kanapki i picie, a także znicze. Narzeka, że nie może podejść pod Krzyż zapalić lampki i się pomodlić za tych, co zginęli w katastrofie. Uważa, że taka sytuacja jest nienormalna i "pachnie Białorusią". [...]
Zgromadzeni wokół harcerskiego krzyża trzymają transparenty z napisami min.: "Polsko obudź się!", "Katyń trwa", "Czy Bóg tak chciał?", "Czy zdrajcy i NKWD są tak silni?". Na miejscu wciąż płoną znicze i powiewają biało-czerwone flagi. [...]



Za: tokfm.pl


(fot. Jarosław Borowiec)
To relatywne pozycyjne wzmocnienie się Gowina (przypominam: mąż opatrznościowy „Rzepy”, Kościoła, sytuacyjny sojusznik Schetyny, który będzie go używał jako gustownego konserwatywnego młoteczka na Palikota, myślę że nawet Tusk ma nadzieję przeprowadzić dzięki Gowinowi do Platformy całą „biznesową” frakcję katolickiej prawicy),jest interesujące z innego jeszcze powodu. Jeszcze raz potwierdza moje głębokie przekonanie, że niezależnie od mitycznych 13 procent Napieralskiego, Polska po Smoleńsku, podzielona pomiędzy PO i oszalały od bólu PiS, jest bardziej przesunięta na prawo, niż była przed KATASTROFĄ. Posmoleńską Polską, jak pokazały słynne negocjacje w sprawie krzyża na Krakowskim Przedmieściu, nie sposób rządzić bez wcześniejszego porozumienia warszawskiej kurii i harcerzy. Wyobraźmy sobie, co będzie, jeśli ten sam skład zajmie się negocjowaniem parytetów albo In vitro?


Całość felietonu Cezarego Michalskiego pt. Życie bez opozycji i inne szkice na stronie KP. 
Pomijając aspekty religijno-moralne, które powstrzymywałyby ogromną większość z nas przed jakimkolwiek ciosem w Kościół, to takie uderzenie byłoby zwykłą polityczną głupotą. Kościół w Polsce ma 1000 lat i wszyscy, którzy z nim walczyli, źle na tym wyszli.


Fragment rozmowy Tomasza Machały z Jarosławem Gowinem, "Wprost" nr 31/2010, s. 20.
Może jako naród jesteśmy OK, ale jako społeczeństwo to już do dupy. Pokaż mi drugie z tyloma wadami, bo jest homofobiczne, antysemickie, leniwe, głupie, brudne, tandetne, nieufne, rozalkoholizowane, pełne ignorancji politycznej, ignorancji w ogóle, ma poczucie wyższości wobec Rosjan, Czechów... Chrześcijański raj na ziemi.


Fragment wywiadu Najsztuba z Kubą Wójewódzkim, "Wprost" nr 31/2010, s. 38.
Przede wszystkim więc docelowa czytelniczka cosmo-seksprzewodników jest heteroseksualną kobietą zainteresowaną heteroseksualnymi mężczyznami. Z lektury kolejnych tomów domyśliłem się także, że nie darzy ona wielkim szacunkiem feministek, a ewentualne zarzuty o seksizm ani ją ziębią, ani grzeją. Sensem życia cosmo-czytelniki jest mężczyzna. Lub, ewentualnie, wielu mężczyzn. Żyć to zadowalać swojego ukochanego, zapewniać mu „nieziemskie orgazmy” i „gigantyczne odloty”, regularne wizyty w „orgazmicznym raju” oraz spełnianie „najtajniejszych i najostrzejszych męskich pragnień, które wyjęłyśmy prosto z męskich ust”. Zaspokojenie zmysłów kochanka to najskuteczniejsza metoda na długi i udany związek, a jeśli przy okazji uda się ci, czytelniczko, zadowolić samą siebie, możesz już mówić o pełni szczęścia.


Całość felietonu do przeczytania na łamach "Dwutygodnika".
Archidiecezja krakowska poinformowała też na swojej stronie internetowej, że w ubiegły weekend w intencji usunięcia dopalaczy z miasta odbyły się w Nowym Targu modlitwy: "Ponad 300 osób przeszło ulicami Nowego Targu w marszu przeciwko handlowi dopalaczami. Uczestnicy marszu modlili się przed punktami sprzedaży środków odurzających.
Marsz poprzedziła msza święta w kościele św. Katarzyny. (...) Po liturgii ponad 300 osób z różańcami w rękach i transparentami wyruszyło na ulice Nowego Targu. Mieszkańcy przeszli przez Rynek, zatrzymując się przed sklepami, gdzie sprzedawane są dopalacze. (...) Marsz zakończył się przed kościołem pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa".
Ks. Marian Wanat, proboszcz z nowotarskiej parafii św. Katarzyny, który zorganizował modlitwy "o oczyszczenie miasta od handlu narkotykami i pochodnymi oraz uwolnienie od zniewolenia", o ludziach sprzedających dopalacze mówi, że "handlują śmiercią".


[za: gazeta.pl]
Lech Kaczyński był wielkim orędownikiem II Rzeczpospolitej. Nie ukrywał też fascynacji Józefem Piłsudskim. Teraz śmierć prezydenta nabiera zaskakującego wymiaru. Odkrył go jeden z internautów.
Od początku III Rzeczpospolitej, czyli wyborów 4 czerwca 1989 roku do tragicznej katastrofy prezydenckiego samolotu (10.04.2010) minęło dokładnie 7616 dni. Okazuje się, że ta tajemnicza liczba powtarza się jeszcze raz. 7616 dni to także okres od odzyskania przez Polskę niepodległości (11 listopada 1918 roku) do agresji Związku Radzieckiego 17 września 1939 roku!


Za: eFakt.
Nie cierpię Wawelu. Nie cierpię tego typu miejsc bogoojczyźnianych pielgrzymek i narodowych uniesień. Nie cierpię kapiących przepychem, złotem i purpurą ołtarzy monarchii. Wraz z zachwytami nad nimi, wraz z ciszą nakazaną tam zwyczajami lub przez wszędobylskie tablice subordynujące, wraz z zadzieraniem głowy, by spoglądać w srogie, poważne, dostojne twarze sportretowanych królów, wciąż oddaje się hołd staremu porządkowi. [...]
Czego tu zatem bronić przed tragicznie zmarłym prezydentem? Co to znaczy, że ktoś "nie zasłużył" na Wawel? Jeśli ktoś ma być na Wawelu, to niech to będą właśnie konserwatyści, tęsknie usposobieni do czasów, gdy władza nie musiała się z niczego tłumaczyć. Ja traktuję grób na Wawelu jako przejaw alienacji władzy. Tej dosłownej lub tej, która objawia się w polu kultury. Osobiście chciałabym być pochowana wśród świata, którego częścią się czułam i który przyjmował mnie jako swoją część. Jeśli rodzina pary prezydenckiej stwierdziła, że takim właśnie światem był dla zmarłych Wawel - czemu im go odmawiać?
Broniąc pałacu przed królem, wciąż dajemy wyraz przywiązania do idei pałacu. 


Całość tekstu Anny Zawadzkiej na stronie lewica.pl
Patrząc na ten cały cyrk, który nazywamy w Polsce żałobą narodową, mam jednoznaczne uczucia. Jestem za granicą, widzę to, co się dzieje w internecie, nie dotykam tego bezpośrednio, to daje dystans. Już od soboty mam głębokie przekonanie, że to, co widzę, to absurdalne zachowanie stadne, a nie żałoba. Żałoba, jaką spotkałam na polskiej wsi, ma wymiar oswajania śmierci, nie ma nic wspólnego z rozhisteryzowanym zachowaniem, z uniesieniem. Żałoba, którą widzę w telewizji, relacje z polskich ulic to nie oswajanie śmierci. To zbiorowa histeria, akt wspólnotowy, którego Polacy tak potrzebują jak powietrza.
Jesteśmy chyba jedynym narodem w Europie, który jest w stanie zrobić coś takiego, w imię własnej egzaltacji, w imię przeżywania czegoś wielkiego, w imię patriotyzmu.
To straszne, ale i pociągające, zwłaszcza dla tych, którzy tak chętnie uczestniczą, machają, rzucają kwiaty, robią zdjęcia przejeżdżających trumien, walczą o miejsce w kolejce na Krakowskim Przedmieściu. Dla mnie to jednak straszne i tyle. Niesie ze sobą groźne konsekwencje, zafałszowanie rzeczywistości, narodowościowe wzloty. Boję się takiej żałoby. Boję się rozszlochanego narodu nad trumnami, oszalałych haseł „Polska Chrystusem Narodów” i ludzi w bejsbolówkach owiniętych biało-czerwoną flagą.


Całość tekstu Małgorzaty Szumowskiej na stronach KP
"Kościół katolicki jest ostatnim instytucjonalnym obrońcą idei, głoszącej, że są prawdy moralne w świecie i w ludziach. Na Zachodzie są potężne siły, które negują ich istnienie, które popychają ku temu, by wierzyć, że ludzkość jest giętka i uległa, że małżeństwo można zdefiniować ustawami, że seks to forma sportu, że istoty ludzkie nienarodzone, ciężko chore lub upośledzone nie liczą się, że siły przymusu państwa mogą i powinny narzucić to, co kardynał Ratzinger określił mianem dyktatury relatywizmu" - napisał George Weigel.
"Wszystkie te siły - dodał - widzą w uchybieniach niektórych synów i córek Kościoła i w błędach, popełnionych przez niektórych zwierzchników, okazję do zniszczenia nauczania Kościoła". [...]
Zdaniem amerykańskiego pisarza ataków na Kościół nie można uznać za "skoordynowany spisek", ale - zaznaczył - "przeciwko Kościołowi grają różne siły interesów: politycy i komentatorzy, którzy chcą zniszczyć wiarygodność Kościoła, adwokaci mający za cel wyrządzenie strat finansowych Watykanowi, antykatoliccy świeccy, którzy wykorzystują każdą okazję, by uderzyć w Kościół oraz katolicy, podążający za nigdy nie dokonaną rewolucją". Ich postulaty - odnotowuje Weigel - to koniec celibatu, wyświęcanie kobiet i zmniejszenie władzy biskupów.


[za: gazeta.pl]
Pięćdziesiątka na karku, ale Kazimierz Marcinkiewicz (51 l.) kwitnie. W wymuskanym stroju londyńskiego dandysa zadawał szyku na stołecznym bruku, pokazując tamtejszej młodzieży najświeższe trendy w modzie.
Młodzi eleganci, przestudiujcie te zdjęcia dokładnie. Oto, co się nosi tej wiosny na Wall Street! Wyprostowany jak struna były premier jak zawodowy lanser kroczył po stołecznym Placu Trzech Krzyży.
W modnej kurteczce, obcisłych jeansach, szałowych butach z klamerką i wysokim czołem piękny Kazimierz wręcz rozbłysł w promieniach słońca.
Przed wzrokiem zawistnych spojrzeń chroniły go jednak okulary, których nie powstydziliby się w Holywood. Trzymając nonszalancko kwiaty i kubek dobrej kawy w jednym ręku, w drugiej dłoni dzierżył kluczyki do terenowego bmw, niczym sztylet gotowy do ataku.
Tak uzbrojony dotarł do auta, wsiadł i odjechał, pozostawiając w dymie spalin zazdrosnych przechodniów, którzy widząc go nie mogli uwierzyć, że ten światowiec był kiedyś zwykłym, polskim politykiem...


Ten frapujący news zaczerpnięty z eFaktu.
Tomasz Pułka: Trzy dni temu zapytany przeze mnie młody, uznany poznański krytyk, czym jest dla niego proza Dominiki Ożarowskiej, odparł: “Fantazją Uniłowskiego”.
Juliusz Strachota: Czy chcesz się jakoś odnieść do tej fantazji?
Dominika Ożarowska: Nie wiem, kto to jest Uniłowski. Sądzę, że gdybym poprosiła, aby wyjaśniono mi żart, byłoby to wtopą, więc się nie ustosunkuję.


[Całość zapisu spotkania z Dominiką Ożarowską na Niedoczytania]
Po sporym sukcesie opublikowanego również przez „KP” wywiadu-rzeki, którego Żuławski udzielił dwa lata temu, reżyser najwyraźniej doszedł do wniosku, że sukces można osiągnąć tylko dzięki połączeniu rozważań filmowych, literackich i – powiedzmy na wyrost – filozoficznych z całymi, nomen omen, ustępami pełnymi bluzgów, wyzwisk i chamskich epitetów. Nie neguję w żadnym razie terapeutycznej roli siarczystych przekleństw oraz prymitywnych, nawet nienawistnych myśli o bliźnich, które przychodzą do głowy zapewne i najgrzeczniejszym reprezentantom naszego gatunku. Mój sprzeciw budzą natomiast dwie kwestie.


Całość dość obszernego tekstu pt. "Grzebiąc w nocniku" na łamach "Dwutygodnika".
W czasach, o których mowa, wspólnota wierzyła w wagę przekazu literackiego, przeto literatura była ważna. Iwaszkiewicz rozmawiał na jej temat z Chruszczowem i martwił się, że „zwykły czytelnik” nigdy nie pojmie, że najważniejsze w jego tomiku poetyckim („Ciemne ścieżki”) są dedykacje. Władza bardzo liczy się z pisarzami, do tego stopnia, że zbiera na nich teczki, szpieguje, a Jasienicy wręcz ułoży całe życie. Oczywiście, samo w sobie to nie mogło być przyjemne (i nie było), ale świadczyło dowodnie, że to, co tworzy pisarz jest bardzo istotne, a literatura to ważne medium społecznej komunikacji i samowiedzy. Dziś naturalnie pisarz może sobie pisać, co chce i żadnego członka rządu to nijak nie obejdzie (małym wyjątkiem był Jarosław Kaczyński, który w jednym z wywiadów czasu początków IV RP stwierdzał, że władza  nie ma zamiaru zakazywać literatury gejowskiej, co jednak implikuje, że potencjalnie taka możliwość istniała, ale łaskawie z niej  nie skorzystano).
Zatem w PRL-u pisarz nie był po prostu pisarzem. Bywał swego rodzaju jednoosobową instytucją. A „Dzienniki” Iwaszkiewicza są tego namacalnym dowodem. Na podstawie tego, co pisali i – w pewnym stopniu – jak żyli tacy ludzie jak Iwaszkiewicz, tworzymy dziś narracje wspólnotowe. Czytamy, interpretujemy, kłócimy się. Jako członkowie ideowo-interpretacyjnych wspólnot przyznajemy się bądź nie do pewnych pisarzy-figur. Czasami przeciągamy ich na swoją stronę. Piszemy podręczniki do literatury, które są zawsze w pewnym stopniu podręcznikami polskości.


Całość tekstu Błażeja Warkockiego o dziennikach Iwaszkiewicza w "Dwutygodniku". 
A z Michnikiem kontaktowaliście się przed publikacją?
Mazurek: (Śmiech) Jasne. Widujemy się co wieczór, więc wymieniliśmy się newsami i całusami.
Zalewski: (Śmiech) Właśnie z nim pijemy. [...]
Drzewieckiego nazywacie Białym Nosem. Dlaczego?
Zalewski: To nie myśmy to wymyślili. Tak nazywają go koledzy z partii - tylko przejęliśmy to określenie.
Mazurek: Kilka razy przeczytałem, że wymyśliliśmy ksywkę Bufetowa dla Hanny Gronkiewicz-Waltz. Bardzo bym chciał, ale to nie ja - do nas to dotarło z Platformy Obywatelskiej.
Zalewski: Niestety nie jesteśmy tak kreatywni jak platformersi. [...]
Sami nawiązywaliście do niskiego wzrostu prezydenta.
Mazurek: Nawiązujemy do wszystkiego.
Zalewski: Nawet jeśli ktoś jest kaleką, to i tak go obśmiejemy. Uważam, że kaleka ma takie samo prawo do żartów z niego jak i inny człowiek. Ale to jest ta różnica, że stroimy sobie żarty w rubryce satyrycznej, nie jesteśmy ministrami spraw zagranicznych. Jeszcze.
Mazurek: Nabijamy się też z cudzych nazwisk. To oczywiście nie należy do dobrego tonu, ale i tak to robimy. [...]
Zalewski: Często przekraczamy granice. Tego typu twórczość polega na przekraczaniu granic i czasem się ją przekracza ze smakiem, a czasem tak, że efekt nie jest zbyt fajny. Raz wychodzi, a raz nie. Gdybyśmy przejrzeli wstecz parę numerów "Wprost", to znaleźlibyśmy i takie notki, z których nie jesteśmy dumni. To tak jak w komedii z Leslie Nielsenem: jest 70 żartów śmiesznych, ale musi być kolejnych 70, które są kiepskie. Nie zawsze wychodzi. [...]


Całość wywiadu z Robertem Mazurkiem i Igorem Zalewskim na stronach Onetu [tutaj]. Serdeczne pozdrowienia dla Jacka Gądka, autora wywiadu!
Prof. Aldona Kamela-Sowińska we wstępie do książki o społeczeństwie informacyjnym samodzielnie napisała tylko cztery zdania. Resztę skopiowała z internetu. To już drugi odkryty plagiat poznańskiej ekonomistki.
O swoim odkryciu poinformował "Gazetę" dr Marek Wroński, publicysta miesięcznika "Forum Akademickie", w którym od ośmiu lat prowadzi cykl "Z archiwum nieuczciwości naukowej". Demaskuje w nim plagiaty na polskich uczelniach. [...]
Dr Wroński przeanalizował wstęp prof. Kameli-Sowińskiej i ze zdumieniem stwierdził, że samodzielnie napisała tylko cztery zdania. To informacja, kim są autorzy referatów oraz podziękowania dla nich. Reszta to kompilacja pięciu tekstów ściągniętych z internetu. Prof. Kamela-Sowińska nie zmieniła w nich ani słowa. Wstęp zaczyna fragment pracy "Wykorzystanie internetu i programów do tworzenia stron WWW w pracy nad wizerunkiem", ściągniętej ze strony warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej. W kolejnych akapitach prof. Kamela-Sowińska wyjaśnia, czym jest społeczeństwo informacyjne. I żywcem przepisuje definicję z Wikipedii. Następny wątek - "jak rozwój społeczeństwa informacyjnego wpływa na gospodarkę?" Profesor znajduje odpowiedź na stronie warszawskiego Ośrodka Informacji ONZ. Kopiuje tekst. A potem przekleja jeszcze definicję kapitału ludzkiego z portalu... Ściąga.pl. To strona dla gimnazjalistów, licealistów i studentów, na której znaleźć można gotowe referaty i wypracowania.
Dr Wroński jest oburzony: - Każdy plagiat to poważne naruszenie dobrych obyczajów naukowych. Uważam, że dyskwalifikuje prof. Kamelę-Sowińską jako rektora szkoły wyższej.
Prof. Kamela-Sowińska przyznaje się do skopiowania tekstów z internetu: - Mleko się rozlało i nie chowam głowy w piasek. Apeluję tylko, by znać proporcje. Niektórzy kopiują pół habilitacji i jest to ewidentny plagiat naukowy. Ja skopiowałam kilka prostych informacji z Wikipedii i to też nazywa się plagiatem. Chciałabym, żeby mój przypadek przyczynił się do jasnego zarysowania granic plagiatu. Powinniśmy jako naukowcy ustalić, czym jest współczesny plagiat wobec powszechnego dostępu do megaźródeł informacji, jakie są granice wykorzystania internetu. [...] Kiedyś popełniłam felieton o Indonezji, z której wróciłam, i też nie podałam źródła, pisząc ile jest tam wysp. Naprawdę, nie myślałam, by cytować źródło tak proste jak Wikipedia czy Ściąga.pl. [...]
Przed miesiącem "Gazeta" napisała, że trzy lata temu ekonomistka splagiatowała tekst o uczciwości w książkę o etyce w biznesie. I tak jak teraz chodziło o wstęp do zbioru referatów z naukowej konferencji. Autor oryginału, prezes jednej z krakowskich fundacji, przed poznańskim sądem żąda 20 tys. zł i przeprosin w gazetach. W rozmowie z "Gazetą" Kamela-Sowińska tłumaczyła wtedy, że z internetu skopiowała niepodpisany tekst. Przyznała się jedynie do braku rzetelności, ale do plagiatu już nie. Proces rozpoczął się na początku marca. Kolejna rozprawa w maju.


[za: gazeta.pl]
Kapela: Słyszałem też, że w którymś momencie sam Lupa pokazał dupę Dorocie Sajewskiej [dramaturg Teatru Dramatycznego w Warszawie, zastępca dyrektora artystycznego – przyp. red.], w ten sposób historia poniekąd zatacza koło.

Nowka:
Nie wiedziałem, to ciekawe, super. Na tej dupie można zbudować bardzo wielopiętrową interpretację. Na przykład w teatrze poszukującym, w teatrze ostatnich dziesięciu, piętnastu lat jest wyłącznie nagość męska, właściwie nie rozbiera się kobiet. Większość aktów to mężczyźni, młodsi, starsi, pokazywani od każdej strony. Nagość męska jest dzisiaj środkiem wyrazu. Gest Szczepkowskiej jest też upomnieniem się tradycyjnego teatru o nagość kobiet. W latach siedemdziesiątych - ja tego nie pamiętam, bo byłem za mały, ale czytałem o tym - np. w Białym małżeństwie Tadeusza Różewicza aktorka się obnażała, pokazała cycki, i Warszawa huczała, specjalnie się do teatru chodziło, żeby zobaczyć cycki jakiejś tam aktorki. Zresztą, cycki kobiece  po raz pierwszy pojawiły się na scenie w dwudziestym czwartym roku, pokazała je Mira Kamińska, taka aktoreczka warszawska, to też była sensacja. Teraz to nikogo nie bulwersuje. Ale ta kobieca dupa wzbudziła sensację. Jakby chłopak pokazał dupę, to chyba nie byłoby dzisiaj takiego oburzenia.


[Maciej Nowak w rozmowie z Katarzyną Górną i Jasiem Kapelą, całość na stronie KP]
Zaczynałem się dusić w realizmie. Rozpaczliwie poszukiwałem głębszego, ożywczego oddechu. Realizm stał się de facto więzieniem języka, traktowaniem go w kategoriach przedmiotowego i przezroczystego medium. A języka nie można używać jak łopaty lub śrubokręta, by skonstruować swój, pożal się Boże, świat przedstawiony. Mówię o tym dlatego, że język jest dla mnie bardzo namacalnym bytem, realnym do szpiku mojej, człowieczej tożsamości. Bytem, który tworzy rzeczywistość, a nie tylko ją nazywa.
Ale sama rzeczywistość staje okoniem wobec realizmu, jest krnąbrna, nieoczywista. Odnoszę czasami wrażenie, że dławi się w ponowoczesnych, kulturowych formach, dyskursach i iluzjach, że zamiast rzeczywistości mamy wtórne imitacje, kopie, podróbki. Gdybym miał je traktować realistycznie, okazałoby się, że je też tylko odtwarzam. Tworze kopię kopii. Owszem, można tak żyć i pisać aż do śmierci, ale to grozi fałszem, jakąś mieszczańską stabilizacją literacką. Jeśli chce się coś o życiu prawdziwego powiedzieć, realizm okazuje się za ciasny, za płytki. Jest pułapką. To tak, jakbym pływał w brodziku i robił taką minę, jakbym wypłynął na głębokie morze.


[Rozmowa z Mariuszem Sieniewiczem, całość w "Dwutygodniku"]

Lekarz oleśnickiego pogotowia Damian K. obrzucił 66-letnią pacjentkę, która potrzebowała jego pomocy, stekiem ordynarnych wyzwisk. Kobieta miała ostry atak kamieni żółciowych - informuje portal gazeta.pl.
Do zdarzenia doszło 18 lutego w środku nocy. 66-letnia Urszula Mrowiec dostała silnego ataku kamieni żółciowych. Jej mąż wezwał pogotowie, które szybko przyjechało w trzyosobowym składzie. Lekarz zaczął badać pacjentkę.
- Spojrzał na zegarek, który stoi na szafce nocnej przy łóżku – relacjonuje pani Urszula. - Potem wstał i zaczął chodzić po pokoju. Po chwili się odezwał: " K...a mać! Ty wiesz, która godzina? Jest wpół do drugiej. A ty obżarłaś się jak krowa, jesteś gruba jak świnia i wzywasz pogotowie?". Świat mi się zawalił. Byłam strasznie załamana tym, jak mnie potraktował, zaczęłam płakać. Zadzwoniliśmy jeszcze raz na pogotowie, żeby zapytać, jak ten lekarz się nazywa, ale nie chciano nam udzielić odpowiedzi. Dyspozytorka podała mi tylko numer do kierownika pogotowia.
Lekarz zrobił cierpiącej kobiecie zastrzyk z pyralginy i wyszedł. Ból jednak nie ustąpił i mąż pani Urszuli zawiózł ją do szpitala. Dopiero tam kobieta spotkała się z profesjonalną opieką. Po kilku dniach poddano ją operacji.[...]
- Zachowanie lekarza było tak szokujące, że początkowo nie chciało mi się w to wierzyć - mówi dyrektor Powiatowego Zespołu Szpitali w Oleśnicy Agnieszka Cholewińska. - On sam poproszony o wyjaśnienie sytuacji napisał oświadczenie, że został przez pacjentkę sprowokowany wcześniejszą wymianą zdań. Ale załoga karetki potwierdziła słowa pacjentki. Doktor K. był u nas od kilku miesięcy na kontrakcie. Podjęłam decyzję o natychmiastowym wypowiedzeniu umowy kontraktowej. Ale jeszcze zanim ona wygaśnie, od 1 marca ten lekarz nie ma już wyznaczanych dyżurów w pogotowiu. Zastanawiam się, czy nie powiadomić o jego zachowaniu izby lekarskiej – dodaje.


[za: onet.pl]
Porno Studia - taki kierunek ma w swojej ofercie Tajwański Uniwersytet Providence. Studenci tego kierunku przed rozpoczęciem studiów muszą podpisać deklarację dotyczącą możliwości opuszczenia zajęć, jeśli poczują się zgorszeni. Studenci nie tylko chodzą na wykłady, ale również oglądają filmy porno i dyskutują o reakcjach ludzi na tego typu filmy.


[za: gazeta.pl]
Bestialstwo rodem z mrocznych wieków! Antoni B. (43 l.), rolnik z Owieczek (woj. małopolskie), przez lata sadystycznie znęcał się nad swoją żoną Ireną (36 l.). Zaprzężona do pługa kobieta musiała orać pole! Za tę niewolniczą harówkę nie wolno jej było spać w łóżku, a jedynie na podłodze obok męża władcy wygodnie rozłożonego na kanapie.
- Traktował mnie jak niewolnika - pani Irena z trudem opowiada nam o katordze, przez jaką przeszła. - Bił mnie, poniżał, oblewał nieczystościami - wylicza swoje krzywdy. Bo pani Irena przez lata była zmuszana do pracy, jaką normalnie wykonują nie ludzie, ale zwierzęta. I nawet one nie zasługują na takie traktowanie.
Przywiązywał mnie do pługa i orał mną pole - kobieta aż łka na wspomnienie bólu i upokorzenia. Była też zmuszana do innych niewolniczych prac: kopała rowy, dźwigała kilogramy dachówek. - Nawet kiedy byłam w ciąży, musiałam harować - opowiada.
A po całych dniach ciężkiej pracy nie było mowy o chwili wytchnienia. Pani Irena była bita i wyzywana. - "Jesteś dla mnie gorsza niż kur..." - tak się na mnie darł - opowiada nieszczęsna kobieta. Były i jeszcze gorsze, nienadające się do zacytowania tutaj wyzwiska.
A kiedy dzień się kończył, wykończona do nieprzytomności, wygłodniała i upokorzona kobieta musiała spać na podłodze. - Mówił mi, że nie jestem u siebie, że na nic nie zasługuję - opowiada. A następnego dnia jej katorżnicza harówka zaczynała się od nowa. Kiedy próbowała się postawić, groził, że ją zamorduje. I tak przez 13 lat!
Co gorsza jej ukochana córeczka Emilka (7 l.) już od najmłodszych lat zaczęła naśladować sposób zachowania ojca. - Ty k... jesteś wariatką! - krzyczało dziecko, nie rozumiejąc znaczenia tych obrzydliwych słów.
W końcu pani Irena zebrała się na odwagę i uciekła przed tą bestią, zabierając ze sobą córkę. Ten potwór już jej nie skrzywdzi. Za swoje bestialstwo usłyszał właśnie zarzuty i stanie przed sądem. Co prawda dzięki poręczeniu majątkowemu wyszedł na wolność, ale ma dozór policyjny i zakaz zbliżania się do żony. Za wieloletnie znęcanie się nad żoną grozi mu 5 lat więzienia.
Nieszczęsna kobieta wygląda dziś, jakby przeszła przez obóz pracy - ma zepsute zęby, jest niemiłosiernie chuda - kości obleczone skórą. Czuje się jednak wolna od sadysty i liczy, że wreszcie ułoży sobie życie.


[za: eFakt]
W nocy z niedzieli na poniedziałek w jednym z nocnych klubów włączył się alarm. Gdy przyjechali tam policjanci, zobaczyli, że z budynku wybiega dwóch mężczyzn. Jeden z nich zamachnął się na drugiego długim przedmiotem; jak się okazało, była to maczeta.
- Ranny 27-latek miał odciętą dłoń powyżej nadgarstka. Mężczyzna został przetransportowany do szpitala specjalistycznego we Wrocławiu - powiedział Nowak.
Nie wiadomo, dlaczego 33-letni ochroniarz zaatakował klienta klubu. Za spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu może mu grozić do 10 lat więzienia.


[za: gazeta.pl]
Baczewski bawi i naucza, ironizuje i moralizuje, przybiera pozę proroka, jest erudytą, ale już za moment sprzedaje nam mało wyszukany żarcik lub próbuje wcisnąć jeszcze jedną trywialną prawdę o świecie. Prowadzi wzniosłe i patetyczne rozważania, ale też – mówiąc wprost – robi sobie jaja. Cechą konstytutywną twórczości Baczewskiego jest pisanie multiplikującymi się, „rozkwitającymi” aforyzmami i bon motami, które wymyśla z niesłychaną łatwością. Z rzadko spotykaną wprawą przeskakuje z jednego kwantyfikatora do drugiego, z jednego uogólnienia do kolejnej zaskakującej pointy.


[Całość tekstu pt. "Tanie a dobre" w najnowszym numerze "Dwutygodnika"]
Przez bite dwie godziny miałam nadzieję, że ten historyczny fresk okaże się choć  odrobinę ironiczny, choć w jednym miejscu mrugnie okiem do widza, pozwalając na nieco mniej czarno-białą interpretację. Z niedowierzaniem czytałam recenzje chwalące go jako film feministyczny i antychrześcijański. Wygląda na to, że żyjemy już w epoce nie tylko feministycznego backlashu, w której walka o prawa i pozycję kobiet sprowadziła się do promowania ich udziału w gremiach rządzących, ale i w erze post-postkolonialnej. Temat dominacji na tle etniczno-religijnej mamy już tak dobrze przerobiony, że nikomu nie przeszkadza otwarta pochwała „starego porządku”, w którym tylko część ludzi miała status człowieka, ale za to świeciło słońce i kwitła wymiana handlowa z korzyścią dla imperium. 


[Całość tekstu Agaty Czarnackiej o "Agorze" na stronie KP]
„Kiedy mieszkałam w Niemczech, niemiecki rząd też mi się nie podobał. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek jakikolwiek mogła polubić” – mówiła pani dwa lata temu. Znalazła pani w końcu rząd, który popiera?
Niestety, nie. Rząd Tuska nie jest moim rządem.
A jaki byłby pani?
Ja się szczegółowo nie interesuję polityką, więc nie wymienię nazwisk. Wiem, w jakim kraju chciałabym żyć. Chciałabym, by wszelkie mniejszości czuły się równie dobrze jak większość i by współistniały różne światopoglądy, a nie tylko katolicki, i to w specyficznym, narodowokatolickim wydaniu, jak teraz.
Ależ widzę tych czołowych eksponentów narodowego katolicyzmu: Palikota, Nowaka, Tuska…
Przecież Donald Tusk wziął na pokaz ślub kościelny przed wyborami 2005 roku.
Skąd pani wie, że na pokaz?
Domyślam się, że tak było. Znam to z wielu relacji.
Nawet gdyby jego katolicyzm był nieszczery, to dlaczego jest to od razu narodowy?
Panie Robercie, czy pan nie widzi, że w sprawie wychowania seksualnego w szkołach wszystkie kolejne rządy ulegają dyktatowi Kościoła? Że w sprawie in vitro biskupi wydzwaniają do polityków i zmuszają ich…
Skąd pani to wie?
Podobno tak się dzieje.
Ach, podobno… Podobno wykastrowała pani wszystkich mężczyzn w Tok FM. Podobno…
(śmiech) Wie pan, ja jestem stuprocentową heteroseksualistką i to nie byłoby w moim interesie. Ale nie zaprzeczy pan, że światopogląd katolicki jest dominujący.


[Robert Mazurek rozmawia z Ewą Wanat, "Rzeczpospolita"]
Miejsce Piotra Semki naprawdę nie jest w tym sporze po stronie Tomasza Lisa czy namaszczanych przez niego od lat wielce mądrych wujów. Semka postąpiłby lepiej, gdyby zamiast próbować mścić się na Domosławskim za lata dziewięćdziesiąte, napisał np. dobrą polityczną biografię Jarosława Marka Rymkiewicza, w której zarówno odda Rymkiewiczowi zasłużony hołd jako prawdopodobnie największemu współczesnemu geniuszowi polszczyzny, ale też opisze, jak człowiek, który dzisiaj kusi prawicowe dzieciaki pięknem heroicznej masakry i galopującego żubra, sam przeżył lata stalinowskie, wypromował się w PRL-u, a wreszcie rękoma pań z wydawnictwa Sic!, żeby nie pobrudzić własnych, przyjął nagrodę NIKE, której promotora przed prawicową publicznością gwałtownie potępiał. Taka biografia pozwoli zrozumieć Wieszanie i Kinderszenen także jako estetyczne rozliczenie Rymkiewicza z własnym życiem, będzie świetnym remedium na obecne w tych książkach trucizny.


[Całość "Poematu dla dorosłych Artura Domosławskiego" Cezarego Michalskiego na stronie KP
Na plażę państwo nie chodzą.
Bo nie ma osobnych plaż dla kobiet i mężczyzn. Chodzimy w Izraelu, bo tam są.
Bywa pan w kinie?
Nie, w ogóle. Mamy DVD i dzieci mogą oglądać w domu filmy religijne, o świętach czy tradycji.
Jakieś rozrywki?
A co to znaczy „rozrywka”?
Entertainment.
Ach tak, mamy swoje śpiewy, tańce, czas, który spędzamy razem.
To jak pan odpoczywa?
Ja? (śmiech) Idę spać.


[Rabin Szalom Ber Stambler w rozmowie z Robertem Mazurkiem, "Rzeczpospolita"] 
Czemu atakują Domosławskiego brązownicy – wiem. Pisanie o życiu prywatnym osób publicznych jest w Polsce zakazane, chyba że stoją za tym wyższe względy. Takie jak konieczność skompromitowania jakiejś osoby publicznej, bo albo zagraża ładowi politycznemu, albo nie zapłaciła pieniędzy żądanych przez szantażującego ją sutenera. Kapuściński nie zagrażał ładowi politycznemu w Polsce ani też nie szantażował go żaden sutener. A jednak Artur Domosławski o jego życiu intymnym napisał, napisał także o jego intymnym życiu politycznym. Posługując się m.in. archiwami Instytutu Pamięci Narodowej. W analogicznie dociekliwy sposób o intymnym życiu Becketta, Sartre’a, Camusa, Manna, a nawet Busha czy Blaira… piszą biografowie we Francji, Anglii, Niemczech czy USA. Nie będąc tam porównywani do pornografów albo populistów, bo to by skompromitowało nie ich, ale autorów takich porównań. Tam to, co zrobił Domosławski, jest normą, tutaj – wciąż jeszcze świętokradztwem. No, ale przecież tam na Zachodzie panuje „relatywizm”, „nihilizm” i „cywilizacja śmierci”. Takiego przynajmniej zdania muszą być Beylin, Bartoszewski, Bratkowski, Lis i wielu innych, skoro książka Domosławskiego, napisana według standardów zachodniej biografistyki, od wielu analogicznych biografii wielkich zachodnich pisarzy czy polityków bez porównania dla Kapuścińskiego łagodniejsza, oburza ich aż tak bardzo. Mimo że nie są oni wdową po wielkim reportażyście, gdyż tylko ona jedna ma prawo się oburzać. Podobnie robią wdowy i wdowcy w całym wolnym świecie, skarżą, chodzą po sądach, starają się zatrzymać wszelkie nieautoryzowane biografie swoich byłych partnerów.


[Całość "Poematu dla dorosłych Artura Domosławskiego" Cezarego Michalskiego na stronie KP]
Rz: Po raz pierwszy dotknął pan żonę po ślubie?
Tak, to prawda.
Nie mówię o pocałunku, ale nie trzymał jej pan nawet za rękę?
Dopóki nie wzięliśmy ślubu – nie.
Młodzi czytelnicy gotowi pomyśleć, że ma pan czułki i jest Marsjaninem.
(śmiech) Zobaczą na zdjęciu. Wie pan, jakie to piękne? Wtedy małżeństwo jest czymś wyjątkowym, specjalnym. A dla ludzi, którzy żyją ze sobą przed ślubem, jest tylko obowiązkiem. Do tej pory wszystko było dla nich przyjemnością, a tu nagle jakieś zobowiązania. To musi być dla nich strasznie smutny dzień.


[Rabin Szalom Ber Stambler w rozmowie z Robertem Mazurkiem, "Rzeczpospolita"]
Większości z nas podobają się osoby o rysach twarzy podobnych do naszych własnych. Okazuje się jednak, że po krótkim, ale stresującym doświadczeniu preferencje mężczyzn czasowo się zmieniają – stają się bardziej elastyczne. [...]
Dlaczego zwykle podobają nam się partnerzy o twarzach podobnych do naszych? Zdaniem naukowców wynika to z tego, że mamy większe zaufanie do znajomych twarzy – a zaufanie to jeden z najważniejszych czynników decydujących o tworzeniu długotrwałych związków. Okazuje się jednak, że w sytuacjach stresowych tendencja do wchodzenia w związki z osobami "podobnymi" słabnie lub zanika.
Dr Lass-Hennemann sądzi, że stres nasila u mężczyzn tendencję do szukania partnerek "spoza stada", czyli możliwie najmniej spokrewnionych genetycznie – w procesach ewolucyjnych zwiększa to prawdopodobieństwo, że potomstwo zrodzone z takich związków będzie lepiej przystosowane do radzenia sobie z nieprzyjaznym środowiskiem.


[Całość artykułu na stronach zdrowie.onet.pl]
Uzależnieni spędzają proporcjonalnie więcej czasu, przeglądając zawartość witryn erotycznych czy grając online. Angażują się też w życie społeczności internetowych, ale płacą za to wysoką cenę. Brytyjczycy zauważyli bowiem, że w grupie tej częściej niż wśród nieuzależnionych występuje średnio nasilona i głęboka depresja.
- Nasze badanie wskazuje, że nadmierne korzystanie z internetu jest związane z depresją, ale nie wiemy, co pojawia się pierwsze - czy to ludzie z depresją są przyciągani przez sieć, czy to raczej internet powoduje depresję. Jedno jest jasne, w przypadku niewielkiej grupy ludzi intensywne korzystanie z sieci może być sygnałem ostrzegawczym o istnieniu tendencji depresyjnych - tłumaczy Morrison.


[Całość tekstu o internetowej depresji na stronach Interii]
Od peletonu wydawców oderwała się ostatnio, niestety w kierunku przeciwnym do mety, oddalając się jeszcze bardziej od liderów w koszulkach Penguina, grupa polskich asów rynku książki. W strachu przed formatem cyfrowym obwieścili oni, iż nie będą dostarczać bibliotekom publicznym cyfrowych wersji swoich wydawnictw.


[Całość tekstu Mariusza Pisarskiego na stronie Ha!artu]
Wszyscy dziennikarze w tym mieście wiedzą, że Tusk ma wobec niezależnego dziennikarstwa taką samą paranoję, jak Kaczyński, tyle tylko, że nie wszyscy dziennikarze o paranoi Tuska polski lud informują. Zresztą problem w tym, że zarówno u Kaczyńskiego jak i u Tuska ta paranoja wobec dziennikarzy idzie w parze z coraz większym poczuciem własnej nad nimi przewagi. Od czasu, kiedy Tusk i Kaczyński rozpętali swoją wojenkę na górze (dzięki jej „autentyzmowi” zapewniającą im obu kompletną kontrolę nad polską sceną polityczną), dziennikarze przestali być dla nich jakimkolwiek problemem. Pogardzają dziennikarzami najzupełniej jawnie, ponieważ pogardzają ludźmi, którymi pogardzać mogą. A mogą pogardzać dziennikarzami, którzy ich nie lubią, bo mają dziennikarzy, którzy lubić ich muszą. 
Kaczyński „ma” dziennikarzy mediów publicznych (w tych kanałach i programach, którymi nie podzielił się z SLD, choć wzajemna lojalność jest na pewnym podstawowym poziomie przestrzegana na wszystkich częstotliwościach) oraz w mediach „antykomunistycznych” (cokolwiek by to miało znaczyć w 20 lat po upadku Muru) i w mediach o. Rydzyka. Tusk „ma” z kolei dziennikarzy we wszystkich mediach pozostałych. O ile oczywiście te pozostałe media i pozostali dziennikarze, żeby trochę odetchnąć od dyktatu PO, nie znajdą sobie jakiejś „trzeciej partii” czy „trzeciego kandydata”. Innymi słowy kogoś, czyja głowa będzie pasowała do torsu prezydenta Mościckiego równie dobrze, jak dzisiaj do tego torsu pasuje głowa Komorowskiego czy samego Tuska.


[Całość "Władców dziennikarskich marionetek" Cezarego Michalskiego do przeczytania na stronach KP]
Gimnazjum lub głąbonazjum (łac. nagi) – miejsce reedukacji nieletnich bandytów, handlu roślinkami oraz picia napojów produkcji ojczystej.
Gimnazjum to wielkie zbiorowisko dresiarzy, idiotów, debili, luzaków, emo, dzieci neo,dzieci gila, pokemonów, kindermetali, pedałów i maniaków Tokio Hotel, Blog 27, Epulsa, Metina, Tibii, czy CS'a. Uczy się ich nieco bardziej zaawansowanej wiedzy, niż w szkole podstawowej i w przedszkolu. Gimnazjum składa się z trzech klas, każda z innym poziomem trudności. Generalnie poziom wiedzy uczniów drastycznie spada wraz z każdą kolejną klasą, aż w końcu stają się głupsi niż przed podstawówką.
90% inteligencji polskiej uważa, iż gimnazjum należy zburzyć, spalić, zaorać i posypać solą, ażeby nigdy więcej się nie odrodziło.


[Całość hasła "Gimnazjum" na nonsensopedii]
Aula Uniwersytetu Warszawskiego, kilkaset osób słucha dyskusji "Czy Maryja była feministką". Katolickie działaczki kontra liberalne feministki. Stawiają problem: "Dlaczego właściwie kobieta nie mogłaby zostać papieżem?".
- Z powodów fizjologicznych - mówi nagle jedna z panelistek, lekarka, działaczka prawicowych ruchów pro-life Hanna Wujkowska. I opowiada, że z biologicznego punktu widzenia kobiety nie nadają się do pełnienia tej funkcji. - Tuż przed miesiączką dochodzi do swoistego obrzęku mózgu. Kobiety są tak przepełnione płynami fizjologicznymi, że ciężko im zachować zdrowy rozsądek. A co dopiero zarządzać czymś tak ogromnym, jak Kościół katolicki.


[za: gazeta.pl]
Jeśli w ciągu roku amerykańskie kino mainstreamowe (albo filmy niezależne, który odniosły sukces w głównym obiegu) podchodzi zbyt blisko cierpienia, biedy, patologii, śmierci, jeśli dotyka czegoś zbyt bolesnego – Oscary to moment, kiedy Hollywood mówi sobie „to był tylko sen”, „to był tylko film”. Aktorzy i aktorki, którzy oszpecili się dla roli, powracają w znajomych, glamourowych wcieleniach (jak Nicole Kidman czy Charlize Theron, nagrodzone za role w „Godzinach” i „Monster”), ci, którzy zmagali się z biedą i bezrobociem, olśniewają sukienką od Valentino (Julia Roberts, nagrodzona za „Erin Brockovich”), wcielenia zła okazują się skromnymi, angielskimi gentlemanami (Anthony Hopkins – „Milczenie owiec”), swojakami („Kimkolwiek jest Keyser Soze, tego wieczoru na pewno się upije” – Kevin Spacey po Oscarze za „Podejrzanych”) albo dobrymi synami, którzy drżącym głosem dedykują nagrodę swojej matce (Javier Bardem, nagrodzony za „To nie jest kraj dla starych ludzi”).


[Kuba Mikurda, całość tutaj: "Dwutygodnik"]
miało być tak, że się przenoszę na zupę, ale póki co jeszcze nie odkryłem, by można tam wyeksportować niniejszego blogaska z jego kilkoma setkami notek (póki co odkryłem, że nie można tego zrobić), więc zostaję przy blogspocie, bo mi jednak żal porzucać to wszystko, co w archiwum po prawej stronie. jeżeli jeszcze ktoś w ostatnich tygodniach wracał tutaj z nadzieją, że coś się w tym miejscu w końcu ruszy, niech wie, że tak będzie w istocie. przykłady poniżej. nie mogę w tym momencie obiecać, że to powrót do regularnego prowadzenia op.cit., bo w dalszym ciągu sporo życiowych zapętleń i zamętów, ale jest to możliwe. więc proszę was, wierni wyznawcy, zaglądajcie tutaj czasami, bo nie wiecie czy wasz autor nie będzie chciał was jeszcze kilka razy zaskoczyć.
aha, moja zupa, choć raczej będzie służyła jako kocioł, do którego spływać będą ścieki z twittera, blipa czy last.fm istnieje i jeśli ktoś byłby napalony na degustację to proszę bardzo:

http://innymislowy.soup.io/


- GW, wasz nieregularny redaktor inteligenckiego szmatławca.

W dobie Internetu papier w ogóle jest spóźniony.
Dlatego my, nie rezygnując z wydawania pisma, założyliśmy portal internetowy. Zmienił się świat i nie da się być oddziałem komandosów w kwartalniku.
„Krytyka Polityczna” daje radę.
A czytałeś ją?
Zwariowałeś?
Tego się nie da czytać, a zamęt czynią dzięki sprawnemu marketingowi i wpływowym przyjaciołom, a nie przez pismo.


[Mazurek rozmawia z Grzegorzem Górnym, "Rzeczpospolita"]
Szykuje nam się upiorny rok, zadręczą Chopina nami i nas Chopinem. W wyniku Roku Mozartowskiego do dzisiaj nikt nie chce rozmawiać o muzyce Mozarta. Pomysł Roku Chopinowskiego – fakt, że przez cały rok będziemy międlili Chopina – wydaje mi się antychopinowski i tragiczny, zważywszy na inteligencję, delikatność i inność jego muzyki. Czy naprawdę tym można tak łomotać przez rok?


[Andrzej Żuławski dla "Dwutygodnika"]

Z ostatniego rankingu Banku Światowego wynika, że przeciętna polska firma obciążana jest 40 różnymi podatkami, których obsługa zajmuje średnio 395 godzin w roku. Na świecie średnia liczba podatków wynosi 31. Ich obliczanie i przelewanie zajmuje 283 godziny. Pomyślmy tylko, że polski księgowy ma o ponad 100 godzin więcej przyjemności z obliczania podatków niż przeciętny księgowy światowy!


[Krzysztof Szczepaniak, Podatki dla przyjemności, "Przekrój" nr 3/2010, s. 18]