Halo. Końca dobiega rok 2008 i optyka polegająca na zerojedynkowym systemie "dobry schemat-zły schemat" dawno umarła. Nie ma żadnego Boga, który obwieścił autorytatywnym głosem, że brudny, gęsty, zgrzytliwy sound zrealizowany przez Maćka Cieślaka (który to sound, skądinąd, uwielbiam) jest OKEJ, zaś audiofilska, impresjonistyczna mgiełka dźwiękowa przygotowana na Divertimento przez Marcina Gajko jest BE. Wszystko zależy od świadomości i funkcji – po co to zrobiliśmy, jakimi środkami i czy zrobiliśmy to dobrze. Na szczęście dożyliśmy czasów, w których mogę sobie "z czystym sumieniem" słuchać na przemian dokonań takich twórców jak Olivier Messiaen, Cassetteboy, Pavement, Jamiroquai, Oval, Tim Berne, Jon Hassell i Girls Aloud, bo wszyscy oni należą do moich ulubieńców. I czerpać z tego nie tylko radość, ale i wiedzę, dostrzegając zupełnie nowe zależności między nimi.

Zaś grafomanem jest ten, kto NIE WIE co dokładnie robi, a wydaje mu się że coś wielkiego. Na przykład pisarz, który nie zna się na literaturze, a sądzi że spłodził wybitną powieść. Albo recenzent, który zatrzymał się w rozwoju popkultury kilkanaście lat temu i nadal stosuje miarę rodem z "heroicznej" ery walki awangardy z disco, a pisze tonem surowego znawcy "trzymającego rękę na pulsie". Sam fakt przemielenia tysięcy płyt nie oznacza jeszcze, że rozumiemy ich rolę w kulturze i zgłębiliśmy proces przemieszania gatunków odbywający się na naszych oczach. I dopóki ktoś będzie uznawał "redukcję" albo "uproszczenie" za synonim "wtórności" bądź pogardzanej "kultury instant", dopóty niewiele z tych procesów zrozumie. Kultura mówi różnymi językami i warto znać co najmniej kilka z nich. Ich bogactwo to skarb. Pozostając z wyrazami szacunku i sympatii – polecam to do przemyślenia i serdecznie pozdrawiam.

[Borys Dejnarowicz, O panu R.K. słów kilka na zupełnym pełnym luzie, polskieradio.pl]