A później zakwitł nowy socrealizm. Lewicująca młodzież wygrała casting w mediach i zasłynęła powieściami o przemocy w rodzinie, clubbingu, gejach, hipermarketach itd. Większość pisarzy z krwi i kości pochowała się w domach w obawie o własne życie. Tylko Świetlicki razem ze swoim zespołem pozostał na scenie jak stary żubr na wybiegu. Oczywiście natychmiast obsiadł go rój zaangażowanych poetów i redaktorów. Podsuwali mu swoje manifesty, tomiki z dołączoną prezerwatywą, programy spektakli Teatru Rozmaitości i cały ten nawóz, którym żywią się muchy. Ale on wolał tradycyjne siano jak na żubra przystało.

Czy Świetlicki „skręcił na pozycje konserwatywne”? Jego ostatnie autokomentarze świadczą raczej o tym, że po prostu ma charakter. Starzeje się, więc nabiera dystansu do siebie i uczy się lubić ludzi, nawet – o zgrozo! – tych, którzy głosowali na Prawo i Sprawiedliwość. Jego życie wciąż jest jednak tą samą co dawniej historią czułego barbarzyńcy, wrażliwca, który tęskni za osobistym radykalizmem. – Żadna idea lewicowa czy prawicowa nie urzekła mnie do tego stopnia, aby się w nią rzucić. Wszystkie tego rodzaju poglądy wydają się przeraźliwe – podkreśla.

Taka diagnoza mogłaby uśpić czujność mniej doświadczonego ideologa. Ale nie Mareckiego. On wie, że właśnie indywidualiści są najgorsi. W pozornie niezaangażowanych strofach przemycają zwykle pochwałę monopoli, obskurantyzmu narodowego i tępej religijności. Dlatego należy ich zwalczać. Ku chwale absurdu, towarzyszu Marecki!

[Wojciech Wencel, Świetlicki trup?, "Rzeczpospolita" z 13 grudnia 2008]