Jakiś czas temu byłem na iluś leciu jego zespołu Świetliki, postałem chwilę w Alchemii, popatrzyłem jak zaproszony przez niego jeden z poetów katolickich na kartkach blokowych pokazywał nielicznym zgromadzonym swój wiersz, w którym używając słownika metafizyki, informował o czymś tam. Pomyślałem o Świetlickim, jak bardzo trzeba upaść, żeby to firmować. Zrzygałem się i wyszedłem. Nie inne odruchy miałem także wczoraj, kiedy kończyłem czytać Jedenaście – według zapowiedzi ostatni z jego kryminałów.


[Piotr Marecki, "O drobnomieszczańskim Świetlickim", krytykapolityczna.pl]