To jest strasznie trudna praca przez kilkadziesiąt minut przekonywać ludzi do zwierzęcia na trzy litery. Ale z drugiej strony pamiętam, że kiedy będąc dzieckiem, zastanawiałem się, kim będę w przyszłości, babcia podpowiadała mi takie zajęcia, przy których "pracuje się w ciepłym" (palacz c.o., stróż nocny w szkole, portier w domu wypoczynkowym). Sądząc po stroju tych pań, im się udało - pracują w ciepłym.
Jakie myśli towarzyszą ci podczas oglądania tych programów prowadzonych przez zgrabne panie?
Że panie są rzeczywiście zgrabne i urocze i że na pewno są wśród widzów tacy, którzy liczą nie tylko na nagrodę finansową, ale też ułożenie sobie życia. I to nie tylko wśród kawalerów. Na pewno jest wielu żonatych mężczyzn, którzy oglądając takie programy, wierzą w to, że swoim głosem tak zaczarują prezenterkę, że ta zaraz po programie osobiście przywiezie im do domu wygraną, a wtedy oni swojej dotychczasowej żonie powiedzą: "To jest Sandra, ona jest z telewizji, mamy 400 zł i zaczynamy nowe życie. Żegnaj".
Jakie według ciebie korzyści dla społeczeństwa płyną z tego typu programów?
Bez nich społeczeństwo nie miałoby pojęcia, że na świecie jest tak dużo zwierząt na trzy litery. I jeszcze coś. Gdyby nie takie programy, społeczeństwo miałoby za dużo pieniędzy, które bez sensu mogłoby wydać na jakieś głupoty.



[Rafał Bryndal rozmawia z Arturem Andrusem; "Gazeta Telewizyjna", 11-17.09.2009, s. 12]
Rafał Bryndal: W jaki sposób zostaje się prezenterką programów call TV?
Już jako mała dziewczynka wiedziałam, że chcę zostać "panią z telewizji". Będąc nastolatką, zawsze marzyłam o tym, by zostać prezenterką telewizji Viva. Któregoś dnia przyjaciółka powiedziała mi, że widziała ogłoszenie o castingu. Wysłałam zgłoszenie, zostałam zaproszona i kilka dni później dowiedziałam się, że go wygrałam.



[Rafał Bryndal rozmawia z Moniką Pachnik; "Gazeta Telewizyjna", 11-17.09.2009, s. 12]
Przez ponad półtora roku tajne patrole MPK przy wsparciu straży miejskiej ścigały chuliganów w tramwajach, autobusach i na przystankach. Wykryto szereg wykroczeń, od palenia i picia alkoholu, przez niszczenie siedzeń i rysowanie szyb, po... uprawianie seksu na przystankach.
W 2008 roku ukaranych zostało 560 osób. W tym roku, do września jest już ich prawie 700.
- W tramwaju jadą incognito dwaj nasi inspektorzy. Z kolei za pojazdem podążają radiowozem umundurowani strażnicy miejscy. Gdy dochodzi do złamania prawa wkraczają do akcji - opowiada Grzegorz Dyrkacz, kierownik działu zarządzania ruchem w MPK.
Patrole są konieczne nie tylko dla zwiększenia bezpieczeństwa pasażerów, ale też dla zmniejszenia strat wynikających z aktów wandalizmu. - Ostatnio rozbito szyby wiaty przystankowej, rzucając w nią kluczem do dokręcania śrub. Jeden ruch, a straty na 1000 zł - kwituje Dyrkacz.
Poza patrolami incognito siedem radiowozów MPK kontroluje codziennie przystanki. Chuligani najczęściej rozbijają szyby reklamowe lub kradną tablice z nazwami przystanków. Największą popularnością cieszą się nazwy uczelni: AGH czy Politechnika Krakowska.
Patrole musiały interweniować też w przypadkach, kiedy wiata przystanku posłużyła jako miejsce dla erotycznych wygibasów. - Neony się świecą, to jest romantycznie. Poza tym wiata osłania od wiatru. Co się dziwić jak mieszkania drogie - śmieje się pan Marek z ekipy sprzątającej przystanek przy al. Focha.
Poważniejszymi sprawami zajmuje się policja. Od początku roku w pojazdach MPK odnotowano ok. 600 kradzieży, siedem rozbojów i jedną bójkę. Na razie jednak nie poszło jeszcze na noże, jak w roku ubiegłym, kiedy m.in. jeden z pasażerów został ugodzony w czoło.


[za: wiadomosci.wp.pl]
Z drugiej strony, kiedy widzę wokół pochwałę chaosu, to uważam, że głosem sprzeciwu jest okrzyk: Nie dajmy się na to nabrać. Teraz jest zbytnie przyzwolenie na kulturę popularną. W moim pokoleniu traktowano to jako zniżenie się do poziomu budki z piwem. [...] Proszę pana, albo się ma gust, albo się go nie ma. Jeżeli pan ma gust, to nie może lubić hamburgera. Nie da rady, on jest po prostu niesmaczny. Jeżeli pan słucha i mówi, że podoba się panu orkiestra dęta, która fałszuje, a potem idzie pan do filharmonii, to oznacza, że pan nic nie słyszy.
Lubię Schuberta, ale też Depeche Mode. Nie widzę w tym skrajności, tylko różnorodność.
Nie ma żadnej różnorodności. Pomysł na różnorodność jest pomysłem intelektualnych bankrutów. Musi pan mało kochać Schuberta, skoro lubi muzykę lekką. Tarantino - to kultura popularna. Jeden film zobaczyłem z satysfakcją, ale drugiego nie obejrzę.
Całkowicie odcina się pan od kultury popularnej?
Tak. Zupełnie. Nie używam. [...]
Może pan jednoznacznie stwierdzić, że ona jest zła?
Tak. [...] Dla niektórych kultura pop może być awansem. Dla człowieka, który nic nie wie, nie jest obyty z kulturą, nie ma pojęcia o innym życiu niż życie sąsiada, to nawet serial jest nauką życia i niesie jakąś mądrość. Tylko to jest bardzo uboga mądrość. Nie usprawiedliwia to ludzi, którzy wiedzą, że istnieje lepsze życie, i wybierają krok wstecz.



["Nie oglądam Tarantino" - z Krzysztofem Zanussim rozmawia Patryk Tomiczek, "Gazeta Telewizyjna", 11-17.09.2009, s. 11]
Hipsterski Animal Collective zbyt hałaśliwy i/lub bez jaj?
Dresiarskie techno Clarka nie dla ciebie?
Pretensjonalne Natural Snow Buildings przehajpowane i nużące?
Pseudoprogresywn Mastodon stracił moc i nie porwał?
A może zawiódł nowy Converge z chujowymi solówkami?
Że Flaming Lipsy nudne i za długie?
Greymachine hałasem dla hałasu?
Brand New pedalskie?
Przy Mount Eerie zasypiasz?
Sunn O))) za bardzo buczy i nawet megszentségteleníthetetlenségeskedéseitekért nie rusza?
Nie martw się. Jacek uratuje. Jacek zrobi dobrze. Jacek potrafi. Jacek jest remedium.
Jacek 2009.



[za: RYM; pod tym linkiem także inne, nie mniej zabawne hype-recenzje "2009" Stachursky'ego]
Być może przepowiedziana przez japońskiego przyjaciela (wróżącego z przetrawionych kurzych wątróbek) kariera pisarska Huberta, której bolesne początki możemy poznać na kartach „Rzeczy pierwszych”, doprowadzi kiedyś do tego, że kolejne książki Klimki-Dobrzanieckiego będą opowieściami nie tyle autobiograficznymi, co autotematycznymi. Opowieści o wydawcach, recenzjach, wieczorach autorskich, zaliczkach i nagrodach literackich? Nie ma co kryć – z perspektywy czytelnika przemycanie diamentów czy pobyt w seminarium duchownym to tematy o wiele bardziej frapujące od najciekawszej kroniki pisarskiego sukcesu.


[Całość do przeczytania w "Dwutygodniku"]
Pewien imigrant z Boliwii, któremu groziła deportacja z terenu Wielkiej Brytanii, wygrał sądową batalię o prawo do pozostania w nowej ojczyźnie, kiedy udowodnił, że wspólnie z partnerką stworzyli dom kupując kota.
Trybunał imigracyjny uznał, że odesłanie mężczyzny do domu byłoby pogwałceniem jego praw, ponieważ opieka nad zwierzęciem dowodzi, iż w pełni zasymilował się on w nowym miejscu pobytu.


[za: onet.pl]
Oburzenie niektórych muzyków na ściągających z sieci empetrójki, któremu wyraz dają w dzienniku ''Metro'' jest słuszne. Ale byłoby wskazane, żeby ci wspaniali muzycy zaczynając rozmowę na ten temat, podpisując apel czy żaląc się na malejące przychody, otworzyli swoje laptopy i komputery, i pokazali, że wszystko co mają tam zainstalowane jest zgodne z prawem i legalne. Że te wszystkie ofisy, łindołsy i inne aplikacje są tam uczciwie. A jeśli tak, to od kiedy.
Już nawet nie chce mi się pytać, czy Kazik, Muniek czy Kayah nie pamiętają już jak na maksa "piratowali" płyty w młodości, przegrywając je na taśmy, taśmy na kasety i kasety na kasety. Z radia, od kolegi itd. A czym się tamto przegrywanie płyt i dystrybuowanie wśród znajomych różni od ściągania plików i ich wymiany z innymi dzisiaj? Technologią. Ale jeśli to jest kradzież, to jak nazwać ten dawny proceder?
I jeszcze coś ważniejszego, czy mogą owi muzycy przedstawić odpowiednie dokumenty na to, że ich płyty np. z lat 90. zawsze powstawały przy użyciu legalnych wersji programów? Bo jeśli nie - a mam podstawy by przypuszczać, że nie wszystko było takie bardzo legalne, bo ściągane do studiów były banki brzmień, loopy różne, krakowane programy do obróbki dźwięku i miksowania - to wyjdzie na to, że przez lata czerpią zyski (choćby poprzez tantiemy) z przestępczego procederu. A to już nieładnie.
A przypominam, że program komputerowy to też czyjaś własność. Niezależnie od tego czy służy do rejestrowania dźwięku, miksowania go, zapisywania złotych myśli w formie wiersza czy przygotowania oprawy graficznej płyty.
No właśnie. Pamiętam zamieszanie wokół płyty Zbigniewa Hołdysa "Holdys.com". Wydana z dużym hukiem, bo to był powrót artysty po latach. Płytę otwierała wypowiedź muzyka traktująca o tym, że - w skrócie - jeśli nie masz płyty legalnej, a jednak jej słuchasz, to jesteś złodziejem itd. Tyle, że wkrótce potem pojawiła się informacja, że w ówczesnej redakcji Pana Hołdysa odbył się nalot inspektorów i znaleziono tam jakieś pirackie wersje programów graficznych na komputerach. Nie zakładam, że pan Zbigniew miał z tym coś wspólnego, bo pewnie nie miał.
Żeby było jasne, nikogo z nich nie oskarżam, nie mam ani dowodów, ani powodów. Ale byłem świadkiem powstawania kilku muzycznych projektów, rozmawiałem z wieloma muzykami i wiem, że nie zawsze byli święci. Ale oburzeni często.


[Wojciech Krzyżaniak, "Kazik, Kayah, Muniek - pokażcie wasze dyski", wyborcza.pl]
– To przeklęta przez Boga klatka! W mieszkaniu obok syn kiedyś zamordował ojca – opowiada ze zgrozą Jadwiga Kwiatkowska (77 l.), sąsiadka rodziny K. – Przed tragedią coś wisiało w powietrzu, Hadrian był jakiś nieswój – dodaje wstrząśnięta pani Jadwiga.
Rodzinny dramat rozegrał się w ubiegły poniedziałek, na osiedlu w centrum Olsztyna. Jak ustalili śledczy, bezrobotny, nieuczący się Hadrian K. często kłócił się z mamą. Oboje gnieździli się w małej kawalerce w centrum Olsztyna. Pani Ewa prosiła Hadriana by poszukał sobie pracy i mieszkania. Ale jemu się wydawało, że całe życie będzie na garnuszku mamy. – To ty powinnaś mi zapewnić byt – krzyczał.
W miniony poniedziałek wieczorem znów matka zrobiła mu awanturę. Zerwał się z łóżka na równe nogi i ruszył na nią w amoku. – Teraz to się zamkniesz na zawsze – krzyknął i jednym ciosem powalił rodzicielkę na podłogę. Straciła przytomność. Z ustaleń śledczych wynika, że Hadrian K. kolejnym uderzeniem w szyję zmiażdżył matce tchawicę. Wydała ostatnie tchnienie, wtedy złapał dla pewności kuchenny nóż i poderżnął matce gardło.
Tego samego wieczoru jeszcze ciepłe ciało zamordowanej kobiety wyniósł do kontenera na śmieci przed blokiem. Był jak w amoku. Nie sprzątnął śladów krwi w mieszkaniu, na klatce i chodniku prowadzącym do śmietnika. Jak gdyby niby nic poszedł spać. Nazajutrz ciało zmasakrowanej kobiety znalazł zbieracz puszek.
– Była przysypana śmieciami, tylko nogi wystawały – opowiada Roman D. – Od razu wezwałem policję – dodaje. Kryminalni bez trudu odnaleźli sprawcę morderstwa. Ślady krwi doprowadziły ich wprost do mieszkania. Hadrian widząc policjantów idących po niego, wpadł w panikę. Próbował podciąć sobie żyły. Nałykał się też dużej ilości leków.
– Trafił do szpitala, gdzie zrobiono mu płukanie żołądka i opatrzono rany – wyjaśnia rzecznik prokurator Mieczysław Orzechowski. – Biegli badają go teraz, by dowiedzieć się, czy w momencie popełnienia morderstwa był poczytalny, czy też nie. Jeżeli był, grozi mu dożywocie – dodaje prokurator.



[za: eFakt.pl]
Pijany 32-latek biegał po Barlinku w Zachodniopomorskiem z manekinem pod pachą. Mężczyzna w ciągu tygodnia dwa razy uprowadził manekiny sprzed sklepów odzieżowych.
Do pierwszego porwania doszło tydzień temu. Na policję zadzwonił świadek, który poinformował, że widział jak mężczyzna kradnie manekina spod sklepu, a potem biegnie z nim przez miasto.
Chwilę później patrol zobaczył na ulicy opisywanego mężczyznę, ale manekina nie miał. Okazało się, że wyrzucił go do rzeki.
Wczoraj policjanci z Barlinka znowu dostali zgłoszenie o kradzieży manekina. Wszystko wskazywało na to, że porywaczem jest ten sam mężczyzna. Został zatrzymany. Ponieważ miał ponad trzy promile alkoholu we krwi trafił do policyjnego aresztu, gdzie jeszcze trzeźwieje. Wstępnie przyznał się już do kradzieży. Ale manekina nie ma, nie wiadomo co się z nim stało.



[policyjni.gazeta.pl, za: TOK FM]
Alicja I. z podopolskich Mikowic pozwała sąsiada Waldemara J. o to, że 27 maja 2008 r. ok. 10.30 umyślnie uszkodził jej plastikowe wiadro warte 10 zł. Miał je kopnąć, gdy stało na schodach ich budynku. Zaznaczyła, że kopnął je tak mocno, że zawisło na gałęziach pobliskiego krzewu.
Alicja I. wezwała policję, sprawą zajął się sąd grodzki.
Waldemar J. zapewniał, że nic nie wie o wiadrze. Przekonywał, że jest inwalidą, a sąsiadka złośliwie ustawiała przedmioty w przejściu. Pokazał też filmik z komórki, który miał dowieść, że sąsiadka oskarżyła go fałszywie, bo wciąż używa wiadra. Alicja I. na to, że filmik jest zmanipulowany, bo nakręcono go, kiedy wiadro było sprawne.
Sędzia powołał biegłego z zakresu przestępczości komputerowej. Jego odpowiedź niewiele wyjaśniła. Uznał, że filmik może być zmanipulowany, jeśli przed jego nakręceniem zmieniono datę w telefonie. Koszt opinii biegłego - 90 zł.
Potem sąd kolejno przesłuchiwał policjantów. Niewiele pamiętali.
W lutym koniec był blisko - powódka domagała się od sąsiada 10 zł za wiadro i 200 zł na PCK. Ale J. w ostatnim słowie zażądał, by wiadro mu okazano. - Gdyż nigdy go nie widziałem - argumentował.
Wiadro wciąż było u matki poszkodowanej, więc sąd nakazał policjantom, by w obecności wszystkich zainteresowanych dokonali oględzin wiadra i sporządzili fotografie. Przed kolejną rozprawą policja poinformowała sąd, że trzykrotnie nie zastała J. w domu, więc oględzin dokonano bez niego.
W kwietniu pozwany stwierdził, że wciąż wiadra nie widział. I zażądał eksperymentu procesowego, by udowodnić, czy kopnięcie wiadra rzeczywiście może je zniszczyć. Sąd powołał biegłego. Ten, opierając się na rozmowie z producentem wiadra, własnej wiedzy i publikacji "Wyroby z tworzyw sztucznych", stwierdził: - Prawdopodobne jest, by kopnięciem można było uszkodzić plastikowe wiadro. Koszt opinii - 229 zł.
W maju zapadł wyrok: J. jest winny uszkodzenia wiadra, kara 50 zł.
Ale J. postanowił apelować. Dziś, półtora roku od rozpoczęcia sprawy, decyzja Sądu Okręgowego w Opolu.


[za: wiadomosci.gazeta.pl]
wszystko wskazuje na to, że niniejsze słowa są 400. wpisem na op.cit. nie mogąc się zdecydować na żaden specjalny, jeszcze bardziej wyjątkowy niż zwykle, cytat, postanowiłem zaanonsować, że trochę już się tego wszystkiego tutaj zebrało. jeśli jeszcze komuś nie udało się zauważyć tego samodzielnie. miejmy nadzieję, że kolejne 400 również będzie mi się chciało. serdeczności.
Czasami myślę, że kiedy umrę, trzeba by wykopać dwa groby - jeden z normalnym rozmiarze (...) ale drugi o wiele wiele większy. Na kamieniu nagrobnym powinien być napis: ja i moja niewyparzona gęba.


[Stephen Fry; za: wp.pl; oryginał: http://www.stephenfry.com/2009/10/19/poles-politeness-and-politics-in-the-age-of-twitter/]