Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Philip Roth sam pomysł takiej konfrontacji uznałby za idiotyczny, a porównanie jego biografii i twórczości z życiorysem i dokonaniami artystycznymi Allena – za obraźliwe. Pierre Assouline, redaktor naczelny „Lire”, rozmawiał kilka lat temu z Rothem na temat roli Żydów w amerykańskiej kulturze i w pewnym momencie zapytał także o reżysera „Zeliga”. Amerykański pisarz odpowiedział zdecydowanie, że Allen jest w tej kategorii najgorszym z możliwych przypadków, a jego sława możliwa jest tylko dzięki europejskiej naiwności: „To nawet w jakiś sposób rozczulające. Jego filmy są puste, infantylne... Nie ma w nich nawet embrionu myśli i jakiejkolwiek inwencji. Jego wizja środowiska intelektualistów to śmiechu warty stereotyp. On sam nie jest intelektualistą, ale konsumentem kultury... Nie wie nic o społeczeństwie, o którym mówi... Zupełnie nie rozumie, jak naprawdę żyją ludzie, bo ich nie odmalowuje... To po prostu karykatura”. Amerykański pisarz ostro krytykuje twórcę, z którym – paradoksalnie – wiele go łączy. Od bycia amerykańskim Żydem w Nowym Jorku, przez nieustannie eksploatowane w kolejnych książkach obsesje (na punkcie seksu, śmierci, Boga etc.), aż po błyskotliwe, szydercze poczucie humoru i pracoholizm (prawie co roku ma premierę nowy film Allena lub nowa powieść Rotha).


Szkic pt. "Nowojorskie opowieści Rotha" w całości do przeczytania tutaj
A z Michnikiem kontaktowaliście się przed publikacją?
Mazurek: (Śmiech) Jasne. Widujemy się co wieczór, więc wymieniliśmy się newsami i całusami.
Zalewski: (Śmiech) Właśnie z nim pijemy. [...]
Drzewieckiego nazywacie Białym Nosem. Dlaczego?
Zalewski: To nie myśmy to wymyślili. Tak nazywają go koledzy z partii - tylko przejęliśmy to określenie.
Mazurek: Kilka razy przeczytałem, że wymyśliliśmy ksywkę Bufetowa dla Hanny Gronkiewicz-Waltz. Bardzo bym chciał, ale to nie ja - do nas to dotarło z Platformy Obywatelskiej.
Zalewski: Niestety nie jesteśmy tak kreatywni jak platformersi. [...]
Sami nawiązywaliście do niskiego wzrostu prezydenta.
Mazurek: Nawiązujemy do wszystkiego.
Zalewski: Nawet jeśli ktoś jest kaleką, to i tak go obśmiejemy. Uważam, że kaleka ma takie samo prawo do żartów z niego jak i inny człowiek. Ale to jest ta różnica, że stroimy sobie żarty w rubryce satyrycznej, nie jesteśmy ministrami spraw zagranicznych. Jeszcze.
Mazurek: Nabijamy się też z cudzych nazwisk. To oczywiście nie należy do dobrego tonu, ale i tak to robimy. [...]
Zalewski: Często przekraczamy granice. Tego typu twórczość polega na przekraczaniu granic i czasem się ją przekracza ze smakiem, a czasem tak, że efekt nie jest zbyt fajny. Raz wychodzi, a raz nie. Gdybyśmy przejrzeli wstecz parę numerów "Wprost", to znaleźlibyśmy i takie notki, z których nie jesteśmy dumni. To tak jak w komedii z Leslie Nielsenem: jest 70 żartów śmiesznych, ale musi być kolejnych 70, które są kiepskie. Nie zawsze wychodzi. [...]


Całość wywiadu z Robertem Mazurkiem i Igorem Zalewskim na stronach Onetu [tutaj]. Serdeczne pozdrowienia dla Jacka Gądka, autora wywiadu!
Przez bite dwie godziny miałam nadzieję, że ten historyczny fresk okaże się choć  odrobinę ironiczny, choć w jednym miejscu mrugnie okiem do widza, pozwalając na nieco mniej czarno-białą interpretację. Z niedowierzaniem czytałam recenzje chwalące go jako film feministyczny i antychrześcijański. Wygląda na to, że żyjemy już w epoce nie tylko feministycznego backlashu, w której walka o prawa i pozycję kobiet sprowadziła się do promowania ich udziału w gremiach rządzących, ale i w erze post-postkolonialnej. Temat dominacji na tle etniczno-religijnej mamy już tak dobrze przerobiony, że nikomu nie przeszkadza otwarta pochwała „starego porządku”, w którym tylko część ludzi miała status człowieka, ale za to świeciło słońce i kwitła wymiana handlowa z korzyścią dla imperium. 


[Całość tekstu Agaty Czarnackiej o "Agorze" na stronie KP]
Na plażę państwo nie chodzą.
Bo nie ma osobnych plaż dla kobiet i mężczyzn. Chodzimy w Izraelu, bo tam są.
Bywa pan w kinie?
Nie, w ogóle. Mamy DVD i dzieci mogą oglądać w domu filmy religijne, o świętach czy tradycji.
Jakieś rozrywki?
A co to znaczy „rozrywka”?
Entertainment.
Ach tak, mamy swoje śpiewy, tańce, czas, który spędzamy razem.
To jak pan odpoczywa?
Ja? (śmiech) Idę spać.


[Rabin Szalom Ber Stambler w rozmowie z Robertem Mazurkiem, "Rzeczpospolita"] 
Jeśli w ciągu roku amerykańskie kino mainstreamowe (albo filmy niezależne, który odniosły sukces w głównym obiegu) podchodzi zbyt blisko cierpienia, biedy, patologii, śmierci, jeśli dotyka czegoś zbyt bolesnego – Oscary to moment, kiedy Hollywood mówi sobie „to był tylko sen”, „to był tylko film”. Aktorzy i aktorki, którzy oszpecili się dla roli, powracają w znajomych, glamourowych wcieleniach (jak Nicole Kidman czy Charlize Theron, nagrodzone za role w „Godzinach” i „Monster”), ci, którzy zmagali się z biedą i bezrobociem, olśniewają sukienką od Valentino (Julia Roberts, nagrodzona za „Erin Brockovich”), wcielenia zła okazują się skromnymi, angielskimi gentlemanami (Anthony Hopkins – „Milczenie owiec”), swojakami („Kimkolwiek jest Keyser Soze, tego wieczoru na pewno się upije” – Kevin Spacey po Oscarze za „Podejrzanych”) albo dobrymi synami, którzy drżącym głosem dedykują nagrodę swojej matce (Javier Bardem, nagrodzony za „To nie jest kraj dla starych ludzi”).


[Kuba Mikurda, całość tutaj: "Dwutygodnik"]
Z drugiej strony, kiedy widzę wokół pochwałę chaosu, to uważam, że głosem sprzeciwu jest okrzyk: Nie dajmy się na to nabrać. Teraz jest zbytnie przyzwolenie na kulturę popularną. W moim pokoleniu traktowano to jako zniżenie się do poziomu budki z piwem. [...] Proszę pana, albo się ma gust, albo się go nie ma. Jeżeli pan ma gust, to nie może lubić hamburgera. Nie da rady, on jest po prostu niesmaczny. Jeżeli pan słucha i mówi, że podoba się panu orkiestra dęta, która fałszuje, a potem idzie pan do filharmonii, to oznacza, że pan nic nie słyszy.
Lubię Schuberta, ale też Depeche Mode. Nie widzę w tym skrajności, tylko różnorodność.
Nie ma żadnej różnorodności. Pomysł na różnorodność jest pomysłem intelektualnych bankrutów. Musi pan mało kochać Schuberta, skoro lubi muzykę lekką. Tarantino - to kultura popularna. Jeden film zobaczyłem z satysfakcją, ale drugiego nie obejrzę.
Całkowicie odcina się pan od kultury popularnej?
Tak. Zupełnie. Nie używam. [...]
Może pan jednoznacznie stwierdzić, że ona jest zła?
Tak. [...] Dla niektórych kultura pop może być awansem. Dla człowieka, który nic nie wie, nie jest obyty z kulturą, nie ma pojęcia o innym życiu niż życie sąsiada, to nawet serial jest nauką życia i niesie jakąś mądrość. Tylko to jest bardzo uboga mądrość. Nie usprawiedliwia to ludzi, którzy wiedzą, że istnieje lepsze życie, i wybierają krok wstecz.



["Nie oglądam Tarantino" - z Krzysztofem Zanussim rozmawia Patryk Tomiczek, "Gazeta Telewizyjna", 11-17.09.2009, s. 11]
Polański. Blamaż warszawkowego mainstreamu, podszytego mizoginią, koterią, relatywizmem. Niedowierzanie, przecieranie oczu, sen o patologicznych rozmiarach. Słucham i nie wierzę. Zanussi, Olbrychski, Holland, Stalińska. I tylko ten jeden Krauze, ze spuszczoną głową, który szeptem mówi w TVN 24, że jego środowisko chyba się zagalopowało. Jaką odległością mierzyć język Leppera, gdy rechocze, że nie można zgwałcić prostytutki, od języka twórcy „Życia rodzinnego”, który z nieskrywaną lekkością i wzgardą rzuca epitet o trzynastoletniej prostytutce.


[za: ARTpapier]
,
A tutaj oryginał:
Dorota Stalińska całą winą za wydarzenia sprzed 30 lat obarczyła 13-letnią wówczas Samanthę Geiner. - Mam 20-letniego syna. On by powiedział, jak zachowują się 13-letnie dziewczynki. One prowokują, same pchają się do łóżka dorosłym mężczyznom - mówiła Stalińska.
Dodała, że w pełni popiera słowa Krzysztofa Zanussiego, który dzień wcześniej w "Kropce nad i" nazwał Geiner "nieletnią prostytutką" . - 13-letnie dziewczynki same prowokują dorosłych mężczyzn. W Polsce się tak dzieje jak na całym świecie. Zanussi ma rację - mówiła wzburzona Stalińska. Według niej stosunek seksualny Polańskiego z 13-letnią dziewczynką nie był gwałtem, bo reżyser został sprowokowany.
Dodała, że przecież Geiner w późniejszych zeznaniach "wszystko odszczekała".
Marek Migalski nie krył zdumienia wypowiedzią Doroty Stalińskiej. Podtrzymał opinię ze swojego wpisu na blogu o tym, że obrona Polańskiego jest dla niego oburzająca. Tłumaczył, że nawet użycie wulgaryzmów [...] jest nieadekwatne do tego, co zrobił Roman Polański i jak haniebnie się go dzisiaj broni.


[Relacja ze studia TVN24 za wiadomosci.gazeta.pl]
Rzadko zdarza się, żeby w tak krótkim czasie i tak wyraźnie potwierdziły się empirycznie pewne socjologiczne przypuszczenia i hipotezy. Ale hipoteza o całkowitym rozdźwięku miedzy polskimi elitami a społeczeństwem, o całkowitej alienacji owej elity, została potwierdzona w ciągu ostatnich kilku dni w związku ze sprawa Romana Polańskiego. Gwałt na 13-letnim dziecku, którego dokonał sławny reżyser spotkał się potępieniem społecznym (jak mniemam) i całkowitym zrozumieniem ze strony tych, którzy mienią się być elitą kulturalną i intelektualną naszego narodu.
Oto zestaw - niepełny zapewne - argumentów użytych przez ludzi kultury i sztuk:
- to było dawno
- sama tego chciała
- to miał być szantaż
- w tym środowisku to często spotykane
- wyglądała na 18 lat
- to był szczegół
- prokurator był prawicowcem
- nie można oddawać Polańskiego sądom amerykańskim, które do dziś nie wyjaśniły sprawy zabójstwa Kennediego
- gdyby go wtedy zamknięto, nie powstałyby jego wspaniałe filmy
- on opiekował się młodymi kobietami i pokazywał im świat
- ona mu wybaczyła
To prawdziwe argumenty używane miedzy innymi przez Izabelle Cywińska, Tomasza Raczka, Wojciecha Pszoniaka, Kazimierza Kutza, Krzysztofa Zanussiego, Andrzeja Wajdę, Katarzynę Figurę. Każdy z owych "argumentów" wymagałby osobnego wykazywania jego słabości i nielogiczności. Szkoda czasu, by rozprawiać się z debilną i żałosna próbą bronienia kolegi. W walce o członka swojej korporacji nie ma - ja widać - granic wstydu i braku logiki. Ale chciałbym się jedynie naszych artystów zapytać - używalibyście tych samych argumentów, gdyby wasz koleżka Romek najpierw upił a potem pobawił się doodbytniczo z waszą 13-letnia córką? I jeszcze jedno pytanie - czy macie nasrane w tych waszych głowach?!


[za: http://migal.salon24.pl/]

Kto się okazał pedofilem

Ten dnem jest i moralnym zerem

Wszyscy się brzydzą nim, o ile

Nie jest on sławnym reżyserem


Reżyserowi wybaczamy

Ten dawny drobny grzech młodości

I list wyślemy do Obamy

By go zostawił na wolności


[za: http://januszwojciechowski.blog.onet.pl/]
Mężczyźni boją się wagin.


[Megan Fox w wywiadzie dla "Rolling Stone", za: dziennik.pl]
Nie wiem, czy zdarzyło ci się, czytelniku, obejrzeć film pornograficzny. Nie mam na myśli filmu z wątkami erotycznymi, nawet budzącymi sprzeciw wielu osób, jak choćby „Ostatnie tango w Paryżu”. Chodzi mi o filmy pornograficzne, a więc takie, których prawdziwym i jedynym celem jest od początku do końca wywołanie u widza podniecenia i które przedstawiają rozmaite i zmienne sposoby kopulowania, by ten cel osiągnąć, a wszystko inne liczy się tyle co nic.

Często się zdarza, że o tym, czy dany film jest czysto pornograficzny, czy też ma jakieś wartości artystyczne, muszą decydować sądy. Nie należę do tych, którzy utrzymują, że wartość artystyczna rozgrzesza z wszystkiego bywało już, że autentyczne dzieła sztuki okazały się niebezpieczniejsze dla wiary, obyczaju i powszechnej opinii niż dzieła niższego lotu. Uważam poza Urn, że osoby dorosłe mają prawo do świadomego obcowania z utworami pornograficznymi, w każdym razie, jeśli nie dysponują czymś odpowiedniejszym. Przyjmuję jednak do wiadomości fakt, że czasem trybunał musi zdecydować, czy dany film został wyprodukowany w celu wyrażenia pewnych koncepcji lub ideałów estetycznych (nawet za pośrednictwem scen obrażających poczucie wstydu ogółu), czy też jego jedynym celem było rozbudzenie instynktów widza.

Otóż istnieje kryterium pozwalające określić, czy film jest erotyczny, kryterium oparte na sumowaniu przerw w akcji. Wielkie, ponadczasowe arcydzieło „Czerwone cienie” rozgrywa się wyłącznie (poza początkiem, króciutkimi wstawkami i zakończeniem) w dyliżansie. „Przygoda” Antonioniego składa się z samych przerw w akcji; ludzie snują się, przychodzą, coś mówią, gubią się i odnajdują, ale przez cały czas nic się nie dzieje. Ale ten film ma właśnie powiedzieć, że nic się nie dzieje. Może się to nam podobać albo nie, lecz dokładnie to ma nam przekazać.

Natomiast film pornograficzny, jeśli ma być warty ceny biletu lub wideokasety, powiada nam, że pewne osoby kopulują ze sobą, mężczyźni z kobietami, mężczyźni z mężczyznami, kobiety z kobietami, kobiety z psami lub końmi (zwracam uwagę, że nie ma filmów pornograficznych, w których mężczyźni kopulowaliby z kobyłami lub suczkami; dlaczego?). I to byłoby jeszcze w porządku, ale pełno tutaj przerw w akcji.

Jeśli Gilberto, pragnąc zgwałcić Gilbertę, musi udać się z piazza Cordusio’na corso Buenos Aires, film pokazuje nam, jak samochód Gilberta pokonuje całą tę trasę, nie oszczędzając nam ani jednych świateł po drodze.

W filmach pornograficznych roi się od postaci, które wsiadają do samochodu i przemierzają całe kilometry, od par, które tracą niewiarygodnie dużo czasu na zameldowanie się w hotelu, panów, którzy marnują cenne minuty w windzie, zamiast od razu udać się do pokoju, dziewczyn, które sączą rozmaite trunki i zabawiają się koszulkami i koronkami, a dopiero potem wyznają, że przedkładają Safonę nad Don Juana. Mówiąc prosto z mostu, choć nieco ordynarnie, nim dojdzie do zdrowego spółkowania, trzeba zapoznać się kapkę z problemami komunikacji.

Powody tego stanu rzeczy są oczywiste. Film, w którym Gilberto gwałciłby bez wytchnienia Gilbertę od przodu, tyłu i z boku, byłby nie do wytrzymania. Fizycznie dla aktorów i finansowo dla producenta. Przekraczałby też wytrzymałość psychiczną - widza, aby bowiem doszło do naruszenia obyczaju, w tle musi toczyć się zwyczajne życie. Przedstawienie zwyczajnego życia to dla każdego artysty jedno z najtrudniejszych zadań, natomiast ukazanie zboczenia, zbrodni, gwałtu, tortury jest bez porównania łatwiejsze.

Dlatego film pornograficzny musi pokazać zwyczajny bieg życia - i jest to sprawa zasadniczej wagi, jeśli naruszenie obyczaju ma następnie wzbudzić zainteresowanie - tak jak to pojmuje każdy z widzów. Dlatego, jeśli Gilberto ma pojechać autobusem z A do B, ujrzymy, jak Gilberto wsiada do autobusu i jedzie z A do B. Często irytuje to widzów, którzy chcieliby mieć same sceny gorszące. Jest to wszelako złudzenie. Nikt nie byłby w stanie wytrzymać półtorej godziny scen gorszących. Tak więc przerwy w rozwoju intrygi są koniecznością.

Jeszcze raz od początku. Wchodzisz do kina. Jeśli bohaterowie więcej czasu, niż pragnąłbyś, poświęcają na pokonywanie odległości dzielącej A od B, oznacza to, że oglądasz film pornograficzny.


[za: elpanda]
o, widzę las rąk. każdy z nas jest. czasami jest. jak nie jest jak jest. dwa dni temu oglądam z dziewczyną dokument o czarnych dziurach w kosmosie. oglądamy na dziewczyny brata kompie. no i fajnie jest, czarne dziury zjadają planety milion razy większe od ziemi, narrator buduję napięcie a my się patrzymy w białe plamy na czarnym tle. jest ruch, tak jakbyśmy siedzieli w statku kosmicznym i lecieli między gwiazdami. i lecimy. lecimy. lecimy około pięciu minut, to już była gdzieś połowa filmu. tak, po pięciu minutach skapnęliśmy się, że oglądamy pierdolony wygaszacz ekranu. żadnej reakcji przez jebane pięć minut. 8/10 w skali retardacji.

wczoraj siedzimy w lokalu. mamy niewiele hajsu, zamawiamy pizzę i piwo. czekamy. zagajam o reedycjach płyt radiohead. mówię, że sobie chyba zamówię amnesiaca. a partnerka na to: a z czego zapłacisz za tego amnesiaca, jak ledwo na pizze starczyło. słucham i nie wierzę. patrzę wymownie. w końcu pomiędzy salwami śmiechu dowiaduję się, że amnesiac to drink miał być. "ale dobra nazwa dla drina nie?". no, dobra. 6.5/10


[za porcys.com]

Ludzi, którzy w Polsce są bohaterami seriali telewizyjnych czy programów rozrywkowych z tego powodu, że po prostu są - mają dobrą dykcję, umieją się uśmiechnąć, przeżywają jakieś prywatne perypetie, które potem sprzedają do kolorowych tygodników - można podzielić na dwie kategorie.

Pierwsza to celebryci pogodzeni ze swoim losem, świadomi pozycji masowych chałturników i niemający specjalnie kompleksów na tle takiego Radziwiłowicza czy Gajosa. Tacy bracia Mroczek, owszem, mają talent aktorski mniej więcej na poziomie zawartości kuwety mojego kota, ale nie próbują udowadniać w wywiadach, że są znakomitymi aktorami i żalić się, dlaczego taki Grzegorz Jarzyna nie zaprasza ich na przesłuchania. Chłopaki potulnie zgarnęli kaskę, potańczyli w "Tańcu z gwiazdami" i obecnie wolą pograć w pokera, niż udawać sumienie narodu. Drugi typ celebrytów to jednak ludzie kompletnie nie pogodzeni ze swoim losem. Cały czas próbują udowadniać, że są kimś więcej niż tylko elementem banku twarzy kolorowej prasy.

[Jakub Żulczyk, "Ania Mucha bardzo chce być kimś", "Dziennik"]