Szkic pt. "Nowojorskie opowieści Rotha" w całości do przeczytania tutaj.
Szkic pt. "Nowojorskie opowieści Rotha" w całości do przeczytania tutaj.
Mazurek: (Śmiech) Jasne. Widujemy się co wieczór, więc wymieniliśmy się newsami i całusami.
Zalewski: (Śmiech) Właśnie z nim pijemy. [...]
Zalewski: To nie myśmy to wymyślili. Tak nazywają go koledzy z partii - tylko przejęliśmy to określenie.
Mazurek: Kilka razy przeczytałem, że wymyśliliśmy ksywkę Bufetowa dla Hanny Gronkiewicz-Waltz. Bardzo bym chciał, ale to nie ja - do nas to dotarło z Platformy Obywatelskiej.
Zalewski: Niestety nie jesteśmy tak kreatywni jak platformersi. [...]
Mazurek: Nawiązujemy do wszystkiego.
Zalewski: Nawet jeśli ktoś jest kaleką, to i tak go obśmiejemy. Uważam, że kaleka ma takie samo prawo do żartów z niego jak i inny człowiek. Ale to jest ta różnica, że stroimy sobie żarty w rubryce satyrycznej, nie jesteśmy ministrami spraw zagranicznych. Jeszcze.
Mazurek: Nabijamy się też z cudzych nazwisk. To oczywiście nie należy do dobrego tonu, ale i tak to robimy. [...]
[Całość tekstu Agaty Czarnackiej o "Agorze" na stronie KP]
[Kuba Mikurda, całość tutaj: "Dwutygodnik"]
Lubię Schuberta, ale też Depeche Mode. Nie widzę w tym skrajności, tylko różnorodność.
Nie ma żadnej różnorodności. Pomysł na różnorodność jest pomysłem intelektualnych bankrutów. Musi pan mało kochać Schuberta, skoro lubi muzykę lekką. Tarantino - to kultura popularna. Jeden film zobaczyłem z satysfakcją, ale drugiego nie obejrzę.
Całkowicie odcina się pan od kultury popularnej?
Tak. Zupełnie. Nie używam. [...]
Może pan jednoznacznie stwierdzić, że ona jest zła?
Tak. [...] Dla niektórych kultura pop może być awansem. Dla człowieka, który nic nie wie, nie jest obyty z kulturą, nie ma pojęcia o innym życiu niż życie sąsiada, to nawet serial jest nauką życia i niesie jakąś mądrość. Tylko to jest bardzo uboga mądrość. Nie usprawiedliwia to ludzi, którzy wiedzą, że istnieje lepsze życie, i wybierają krok wstecz.
["Nie oglądam Tarantino" - z Krzysztofem Zanussim rozmawia Patryk Tomiczek, "Gazeta Telewizyjna", 11-17.09.2009, s. 11]
[za: ARTpapier]
Dodała, że w pełni popiera słowa Krzysztofa Zanussiego, który dzień wcześniej w "Kropce nad i" nazwał Geiner "nieletnią prostytutką" . - 13-letnie dziewczynki same prowokują dorosłych mężczyzn. W Polsce się tak dzieje jak na całym świecie. Zanussi ma rację - mówiła wzburzona Stalińska. Według niej stosunek seksualny Polańskiego z 13-letnią dziewczynką nie był gwałtem, bo reżyser został sprowokowany.
Dodała, że przecież Geiner w późniejszych zeznaniach "wszystko odszczekała".
Marek Migalski nie krył zdumienia wypowiedzią Doroty Stalińskiej. Podtrzymał opinię ze swojego wpisu na blogu o tym, że obrona Polańskiego jest dla niego oburzająca. Tłumaczył, że nawet użycie wulgaryzmów [...] jest nieadekwatne do tego, co zrobił Roman Polański i jak haniebnie się go dzisiaj broni.
[Relacja ze studia TVN24 za wiadomosci.gazeta.pl]
Oto zestaw - niepełny zapewne - argumentów użytych przez ludzi kultury i sztuk:
- to było dawno
- sama tego chciała
- to miał być szantaż
- w tym środowisku to często spotykane
- wyglądała na 18 lat
- to był szczegół
- prokurator był prawicowcem
- nie można oddawać Polańskiego sądom amerykańskim, które do dziś nie wyjaśniły sprawy zabójstwa Kennediego
- gdyby go wtedy zamknięto, nie powstałyby jego wspaniałe filmy
- on opiekował się młodymi kobietami i pokazywał im świat
- ona mu wybaczyła
To prawdziwe argumenty używane miedzy innymi przez Izabelle Cywińska, Tomasza Raczka, Wojciecha Pszoniaka, Kazimierza Kutza, Krzysztofa Zanussiego, Andrzeja Wajdę, Katarzynę Figurę. Każdy z owych "argumentów" wymagałby osobnego wykazywania jego słabości i nielogiczności. Szkoda czasu, by rozprawiać się z debilną i żałosna próbą bronienia kolegi. W walce o członka swojej korporacji nie ma - ja widać - granic wstydu i braku logiki. Ale chciałbym się jedynie naszych artystów zapytać - używalibyście tych samych argumentów, gdyby wasz koleżka Romek najpierw upił a potem pobawił się doodbytniczo z waszą 13-letnia córką? I jeszcze jedno pytanie - czy macie nasrane w tych waszych głowach?!
[za: http://migal.salon24.pl/]
Kto się okazał pedofilem
Ten dnem jest i moralnym zerem
Wszyscy się brzydzą nim, o ile
Nie jest on sławnym reżyserem
Reżyserowi wybaczamy
Ten dawny drobny grzech młodości
I list wyślemy do Obamy
[za: http://januszwojciechowski.blog.onet.pl/]
Często się zdarza, że o tym, czy dany film jest czysto pornograficzny, czy też ma jakieś wartości artystyczne, muszą decydować sądy. Nie należę do tych, którzy utrzymują, że wartość artystyczna rozgrzesza z wszystkiego bywało już, że autentyczne dzieła sztuki okazały się niebezpieczniejsze dla wiary, obyczaju i powszechnej opinii niż dzieła niższego lotu. Uważam poza Urn, że osoby dorosłe mają prawo do świadomego obcowania z utworami pornograficznymi, w każdym razie, jeśli nie dysponują czymś odpowiedniejszym. Przyjmuję jednak do wiadomości fakt, że czasem trybunał musi zdecydować, czy dany film został wyprodukowany w celu wyrażenia pewnych koncepcji lub ideałów estetycznych (nawet za pośrednictwem scen obrażających poczucie wstydu ogółu), czy też jego jedynym celem było rozbudzenie instynktów widza.
Otóż istnieje kryterium pozwalające określić, czy film jest erotyczny, kryterium oparte na sumowaniu przerw w akcji. Wielkie, ponadczasowe arcydzieło „Czerwone cienie” rozgrywa się wyłącznie (poza początkiem, króciutkimi wstawkami i zakończeniem) w dyliżansie. „Przygoda” Antonioniego składa się z samych przerw w akcji; ludzie snują się, przychodzą, coś mówią, gubią się i odnajdują, ale przez cały czas nic się nie dzieje. Ale ten film ma właśnie powiedzieć, że nic się nie dzieje. Może się to nam podobać albo nie, lecz dokładnie to ma nam przekazać.
Natomiast film pornograficzny, jeśli ma być warty ceny biletu lub wideokasety, powiada nam, że pewne osoby kopulują ze sobą, mężczyźni z kobietami, mężczyźni z mężczyznami, kobiety z kobietami, kobiety z psami lub końmi (zwracam uwagę, że nie ma filmów pornograficznych, w których mężczyźni kopulowaliby z kobyłami lub suczkami; dlaczego?). I to byłoby jeszcze w porządku, ale pełno tutaj przerw w akcji.
Jeśli Gilberto, pragnąc zgwałcić Gilbertę, musi udać się z piazza Cordusio’na corso Buenos Aires, film pokazuje nam, jak samochód Gilberta pokonuje całą tę trasę, nie oszczędzając nam ani jednych świateł po drodze.
W filmach pornograficznych roi się od postaci, które wsiadają do samochodu i przemierzają całe kilometry, od par, które tracą niewiarygodnie dużo czasu na zameldowanie się w hotelu, panów, którzy marnują cenne minuty w windzie, zamiast od razu udać się do pokoju, dziewczyn, które sączą rozmaite trunki i zabawiają się koszulkami i koronkami, a dopiero potem wyznają, że przedkładają Safonę nad Don Juana. Mówiąc prosto z mostu, choć nieco ordynarnie, nim dojdzie do zdrowego spółkowania, trzeba zapoznać się kapkę z problemami komunikacji.
Powody tego stanu rzeczy są oczywiste. Film, w którym Gilberto gwałciłby bez wytchnienia Gilbertę od przodu, tyłu i z boku, byłby nie do wytrzymania. Fizycznie dla aktorów i finansowo dla producenta. Przekraczałby też wytrzymałość psychiczną - widza, aby bowiem doszło do naruszenia obyczaju, w tle musi toczyć się zwyczajne życie. Przedstawienie zwyczajnego życia to dla każdego artysty jedno z najtrudniejszych zadań, natomiast ukazanie zboczenia, zbrodni, gwałtu, tortury jest bez porównania łatwiejsze.
Dlatego film pornograficzny musi pokazać zwyczajny bieg życia - i jest to sprawa zasadniczej wagi, jeśli naruszenie obyczaju ma następnie wzbudzić zainteresowanie - tak jak to pojmuje każdy z widzów. Dlatego, jeśli Gilberto ma pojechać autobusem z A do B, ujrzymy, jak Gilberto wsiada do autobusu i jedzie z A do B. Często irytuje to widzów, którzy chcieliby mieć same sceny gorszące. Jest to wszelako złudzenie. Nikt nie byłby w stanie wytrzymać półtorej godziny scen gorszących. Tak więc przerwy w rozwoju intrygi są koniecznością.
Jeszcze raz od początku. Wchodzisz do kina. Jeśli bohaterowie więcej czasu, niż pragnąłbyś, poświęcają na pokonywanie odległości dzielącej A od B, oznacza to, że oglądasz film pornograficzny.
[za: elpanda]
wczoraj siedzimy w lokalu. mamy niewiele hajsu, zamawiamy pizzę i piwo. czekamy. zagajam o reedycjach płyt radiohead. mówię, że sobie chyba zamówię amnesiaca. a partnerka na to: a z czego zapłacisz za tego amnesiaca, jak ledwo na pizze starczyło. słucham i nie wierzę. patrzę wymownie. w końcu pomiędzy salwami śmiechu dowiaduję się, że amnesiac to drink miał być. "ale dobra nazwa dla drina nie?". no, dobra. 6.5/10
[za porcys.com]
Ludzi, którzy w Polsce są bohaterami seriali telewizyjnych czy programów rozrywkowych z tego powodu, że po prostu są - mają dobrą dykcję, umieją się uśmiechnąć, przeżywają jakieś prywatne perypetie, które potem sprzedają do kolorowych tygodników - można podzielić na dwie kategorie.
Pierwsza to celebryci pogodzeni ze swoim losem, świadomi pozycji masowych chałturników i niemający specjalnie kompleksów na tle takiego Radziwiłowicza czy Gajosa. Tacy bracia Mroczek, owszem, mają talent aktorski mniej więcej na poziomie zawartości kuwety mojego kota, ale nie próbują udowadniać w wywiadach, że są znakomitymi aktorami i żalić się, dlaczego taki Grzegorz Jarzyna nie zaprasza ich na przesłuchania. Chłopaki potulnie zgarnęli kaskę, potańczyli w "Tańcu z gwiazdami" i obecnie wolą pograć w pokera, niż udawać sumienie narodu. Drugi typ celebrytów to jednak ludzie kompletnie nie pogodzeni ze swoim losem. Cały czas próbują udowadniać, że są kimś więcej niż tylko elementem banku twarzy kolorowej prasy.
[Jakub Żulczyk, "Ania Mucha bardzo chce być kimś", "Dziennik"]





