Philip Roth sam pomysł takiej konfrontacji uznałby za idiotyczny, a porównanie jego biografii i twórczości z życiorysem i dokonaniami artystycznymi Allena – za obraźliwe. Pierre Assouline, redaktor naczelny „Lire”, rozmawiał kilka lat temu z Rothem na temat roli Żydów w amerykańskiej kulturze i w pewnym momencie zapytał także o reżysera „Zeliga”. Amerykański pisarz odpowiedział zdecydowanie, że Allen jest w tej kategorii najgorszym z możliwych przypadków, a jego sława możliwa jest tylko dzięki europejskiej naiwności: „To nawet w jakiś sposób rozczulające. Jego filmy są puste, infantylne... Nie ma w nich nawet embrionu myśli i jakiejkolwiek inwencji. Jego wizja środowiska intelektualistów to śmiechu warty stereotyp. On sam nie jest intelektualistą, ale konsumentem kultury... Nie wie nic o społeczeństwie, o którym mówi... Zupełnie nie rozumie, jak naprawdę żyją ludzie, bo ich nie odmalowuje... To po prostu karykatura”. Amerykański pisarz ostro krytykuje twórcę, z którym – paradoksalnie – wiele go łączy. Od bycia amerykańskim Żydem w Nowym Jorku, przez nieustannie eksploatowane w kolejnych książkach obsesje (na punkcie seksu, śmierci, Boga etc.), aż po błyskotliwe, szydercze poczucie humoru i pracoholizm (prawie co roku ma premierę nowy film Allena lub nowa powieść Rotha).
Szkic pt. "Nowojorskie opowieści Rotha" w całości do przeczytania tutaj.
Oto poeta dostaje istotne nagrody literackie zwykle zgarniane przez prozaików, przez kilka minut stoi w świetle zarezerwowanym dla celebrytów, może nawet - gdyby poeta zechciał - zaprosi go do siebie któraś z komercyjnych stacji? I co? Czy to coś zmienia? Czy następnego ranka poetycki detal trafi do hurtu, swoją cienką aparycją rozepchnie księgarskie półki, pójdzie w dłonie czytelników jak ciepłe bułeczki? Wątpliwe, prawda? Następnego dnia uroczyste dzisiaj stanie się wczoraj, wszystko wróci do normy, a w przyszłym roku nagrodę będzie można ze spokojem przyznać prozaikowi. Prozaik przynajmniej powie coś śmiesznego i po ludzku, uśmiechnie się jak człowiek do kamery, będzie umiał porozmawiać o problemach społecznych i polityce, a kto wie, może nawet da się namówić, by poprowadzić tokszoł? I wszyscy odetchną z ulgą. A poeta wreszcie zajmie się tym, co lubi najbardziej - poezją i sobą.
za: biuroliterackie.pl
Cios dla pism pornograficznych zadany przez Internet jest o wiele dotkliwszy niż cios dla pism literackich. Pornomani to głównie poczciwi wzrokowcy, a wśród literaturomanów mamy więcej fikuśnych fetyszystów (róg zagiąć, papier powąchać, LnŚ na półce się posnobować).
za: nieszuflada.pl
Nietzsche wiedział, że praca narządów trawiennych wpływa na sposób widzenia świata. Jeśli trawiący nie przyznaje się do tego wpływu, to jest tchórzem, kłamie, wypycha żywe życie z życia i skończy marnie jako zasuszona mumia. Kiedy Nietzsche był już bardzo chory, ściśnięty, bezsilny, pomiędzy matką i siostrą, pisał: „mamusiu, chcę kupę, siostrzyczko, chcę pierdzieć!”.
Nasze życie składa się z wielu warstw i z wielu przemilczeń. Dlaczego macierzyństwo uznaje się za chwalebne i jawne, a chwile zapłodnienia za intymne i nie wolno o nich mówić? Dlaczego scenę pierwotną spycha się na pornografię lub na bociana? Dlaczego dwa ciała ścierające się w wydzielinach i podrygujące, mieszające płyny, są czymś gorszym niż rozwarte ciało oddające wody płodowe? Na czym polega różnica? Gdzie przebiega granica wstydu? W Wiedzy radosnej Nietzsche pisał o córeczce, która zadała mamusi pytanie, czy to prawda, że Pan Bóg tkwi wszędzie. Mamusia odpowiedziała: ależ to nieprzyzwoite, moje dziecko. Dlaczego nieprzyzwoite? Odpowiedź wydaje się prosta. Mamusia się wstydzi, że była mokra, kiedy jakiś mężczyzna, wśliznąwszy się w nią, śmiesznie podrygiwał i sam się zmoczył. Odpowiedź Aby Warburga na pytanie mamusi z Wiedzy radosnej wydaje się precyzyjna. Aby Warburg odpowiedział: „Pan Bóg tkwi w szczegółach”. W wydzielinach też tkwi. W pierdzeniu też tkwi prawda.
za: ksiazki.wp.pl
W mieście Covington w amerykańskim stanie Luizjana naga kobieta ukradła samochód taksówkarzowi, a potem zasnęła w nim – podaje serwis newsru.ua.
Do incydentu doszło w nocy ze środy na czwartek. 29-letnia kobieta zatrzymała taksówkę i poprosiła kierowcę, aby odwiózł ją do domu, który znajduje się stanie Michigan (2 tys. km trasy – red.).
Taksówkarz odmówił, a wtedy kobieta na tylnym siedzeniu samochodu zaczęła się rozbierać. Kierowca kilka razy zwrócił się do dziewczyny z prośbą, aby wyszła z samochodu, lecz kobieta nie reagowała. Wtedy taksówkarz postanowił odwieźć ją na posterunek policji.
Kierowca podjechał przed komisariat, wszedł do budynku, aby wezwać funkcjonariuszy, jednak klucze zostawił w aucie. 29-letnia kobieta wykorzystała sytuację i uprowadziła samochód.
Policja szybko znalazła auto, a w nim śpiącą na tylnym siedzeniu nagą kobietę.
za: wiadomosci.onet.pl
Jestem jednym z nielicznych ludzi, którzy przeczytali powieść Wildsteina „Dolina Nicości“. Kupiło ją podobno 20 000 osób, ale jedna z nich to narkoman (ja), dwie inne to socjopaci (Ziemkiewicz i Gowin), a pozostałe 19 997 - analfabeci. „Dolina Nicości“ to fascynujący zapis masochistycznych fantazji seksualnych autora (jego alter-ego, redaktor „Wilczyński“ z obwisłym piwnym brzuchem, nagi i upokorzony przez młodą i sprawną kochankę, przez demonicznego Żakowskiego, przez supermena-Michnika, który odbiera mu pracę, honor i młodą laskę… A do tego rojenia na temat Kazimiery Szczuki, która tutaj nazywa się Bies i występuje jako sroga domina, znęcająca się nad Geremkiem, Sierakowskim i biskupem Życińskim… A do tego sceny, w których ubecy rozbierają do naga Żakowskiego i podziwiają jego genitalia…). Przeczytałem to wszystko dokładnie, uważnie i z szeroko otwartymi oczami. Mógłbym więc tutaj się porozwodzić nad tym, jak Jelonek Bambi poznaje świat, czyli jak Bronek W. postrzega lewicę. Ale nie zrobię tego. Po pierwsze, Cezary zrobił to, jak trzeba. Po drugie, lepiej nie zwracać za wiele uwagi na takie Dzikie Cosie, jak Pośpieszalski czy Wildstein. Ci panowie są tym, co po polsku nazywa się „wampir energetyczny“, a po angielsku jeszcze celniej: attention whore. Toto domaga się nieustannej uwagi, bo bez tego jest chore.
Fragment (świetnego) felietonu Tomasza Piątka z witryny KP.
Nie sposób przecenić zasług Biura Literackiego, jednak Artur Burszta powinien sobie jedno uprzytomnić: za propagowanie chałtury krytycznoliterackiej będzie cierpiał po śmierci w czyśćcu.
Cytat stąd.
Przede wszystkim więc docelowa czytelniczka cosmo-seksprzewodników jest heteroseksualną kobietą zainteresowaną heteroseksualnymi mężczyznami. Z lektury kolejnych tomów domyśliłem się także, że nie darzy ona wielkim szacunkiem feministek, a ewentualne zarzuty o seksizm ani ją ziębią, ani grzeją. Sensem życia cosmo-czytelniki jest mężczyzna. Lub, ewentualnie, wielu mężczyzn. Żyć to zadowalać swojego ukochanego, zapewniać mu „nieziemskie orgazmy” i „gigantyczne odloty”, regularne wizyty w „orgazmicznym raju” oraz spełnianie „najtajniejszych i najostrzejszych męskich pragnień, które wyjęłyśmy prosto z męskich ust”. Zaspokojenie zmysłów kochanka to najskuteczniejsza metoda na długi i udany związek, a jeśli przy okazji uda się ci, czytelniczko, zadowolić samą siebie, możesz już mówić o pełni szczęścia.
Całość felietonu do przeczytania na łamach "Dwutygodnika".
Pięćdziesiątka na karku, ale Kazimierz Marcinkiewicz (51 l.) kwitnie. W wymuskanym stroju londyńskiego dandysa zadawał szyku na stołecznym bruku, pokazując tamtejszej młodzieży najświeższe trendy w modzie.
Młodzi eleganci, przestudiujcie te zdjęcia dokładnie. Oto, co się nosi tej wiosny na Wall Street! Wyprostowany jak struna były premier jak zawodowy lanser kroczył po stołecznym Placu Trzech Krzyży.
W modnej kurteczce, obcisłych jeansach, szałowych butach z klamerką i wysokim czołem piękny Kazimierz wręcz rozbłysł w promieniach słońca.
Przed wzrokiem zawistnych spojrzeń chroniły go jednak okulary, których nie powstydziliby się w Holywood. Trzymając nonszalancko kwiaty i kubek dobrej kawy w jednym ręku, w drugiej dłoni dzierżył kluczyki do terenowego bmw, niczym sztylet gotowy do ataku.
Tak uzbrojony dotarł do auta, wsiadł i odjechał, pozostawiając w dymie spalin zazdrosnych przechodniów, którzy widząc go nie mogli uwierzyć, że ten światowiec był kiedyś zwykłym, polskim politykiem...
Ten frapujący news zaczerpnięty z eFaktu.
Tomasz Pułka: Trzy dni temu zapytany przeze mnie młody, uznany poznański krytyk, czym jest dla niego proza Dominiki Ożarowskiej, odparł: “Fantazją Uniłowskiego”.
Juliusz Strachota: Czy chcesz się jakoś odnieść do tej fantazji?
Dominika Ożarowska: Nie wiem, kto to jest Uniłowski. Sądzę, że gdybym poprosiła, aby wyjaśniono mi żart, byłoby to wtopą, więc się nie ustosunkuję.
Po sporym sukcesie opublikowanego również przez „KP” wywiadu-rzeki, którego Żuławski udzielił dwa lata temu, reżyser najwyraźniej doszedł do wniosku, że sukces można osiągnąć tylko dzięki połączeniu rozważań filmowych, literackich i – powiedzmy na wyrost – filozoficznych z całymi, nomen omen, ustępami pełnymi bluzgów, wyzwisk i chamskich epitetów. Nie neguję w żadnym razie terapeutycznej roli siarczystych przekleństw oraz prymitywnych, nawet nienawistnych myśli o bliźnich, które przychodzą do głowy zapewne i najgrzeczniejszym reprezentantom naszego gatunku. Mój sprzeciw budzą natomiast dwie kwestie.
Całość dość obszernego tekstu pt. "Grzebiąc w nocniku" na łamach "Dwutygodnika".
W czasach, o których mowa, wspólnota wierzyła w wagę przekazu literackiego, przeto literatura była ważna. Iwaszkiewicz rozmawiał na jej temat z Chruszczowem i martwił się, że „zwykły czytelnik” nigdy nie pojmie, że najważniejsze w jego tomiku poetyckim („Ciemne ścieżki”) są dedykacje. Władza bardzo liczy się z pisarzami, do tego stopnia, że zbiera na nich teczki, szpieguje, a Jasienicy wręcz ułoży całe życie. Oczywiście, samo w sobie to nie mogło być przyjemne (i nie było), ale świadczyło dowodnie, że to, co tworzy pisarz jest bardzo istotne, a literatura to ważne medium społecznej komunikacji i samowiedzy. Dziś naturalnie pisarz może sobie pisać, co chce i żadnego członka rządu to nijak nie obejdzie (małym wyjątkiem był Jarosław Kaczyński, który w jednym z wywiadów czasu początków IV RP stwierdzał, że władza nie ma zamiaru zakazywać literatury gejowskiej, co jednak implikuje, że potencjalnie taka możliwość istniała, ale łaskawie z niej nie skorzystano).
Zatem w PRL-u pisarz nie był po prostu pisarzem. Bywał swego rodzaju jednoosobową instytucją. A „Dzienniki” Iwaszkiewicza są tego namacalnym dowodem. Na podstawie tego, co pisali i – w pewnym stopniu – jak żyli tacy ludzie jak Iwaszkiewicz, tworzymy dziś narracje wspólnotowe. Czytamy, interpretujemy, kłócimy się. Jako członkowie ideowo-interpretacyjnych wspólnot przyznajemy się bądź nie do pewnych pisarzy-figur. Czasami przeciągamy ich na swoją stronę. Piszemy podręczniki do literatury, które są zawsze w pewnym stopniu podręcznikami polskości.
Całość tekstu Błażeja Warkockiego o dziennikach Iwaszkiewicza w "Dwutygodniku".
Prof. Aldona Kamela-Sowińska we wstępie do książki o społeczeństwie informacyjnym samodzielnie napisała tylko cztery zdania. Resztę skopiowała z internetu. To już drugi odkryty plagiat poznańskiej ekonomistki.
O swoim odkryciu poinformował "Gazetę" dr Marek Wroński, publicysta miesięcznika "Forum Akademickie", w którym od ośmiu lat prowadzi cykl "Z archiwum nieuczciwości naukowej". Demaskuje w nim plagiaty na polskich uczelniach. [...]
Dr Wroński przeanalizował wstęp prof. Kameli-Sowińskiej i ze zdumieniem stwierdził, że samodzielnie napisała tylko cztery zdania. To informacja, kim są autorzy referatów oraz podziękowania dla nich. Reszta to kompilacja pięciu tekstów ściągniętych z internetu. Prof. Kamela-Sowińska nie zmieniła w nich ani słowa. Wstęp zaczyna fragment pracy "Wykorzystanie internetu i programów do tworzenia stron WWW w pracy nad wizerunkiem", ściągniętej ze strony warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej. W kolejnych akapitach prof. Kamela-Sowińska wyjaśnia, czym jest społeczeństwo informacyjne. I żywcem przepisuje definicję z Wikipedii. Następny wątek - "jak rozwój społeczeństwa informacyjnego wpływa na gospodarkę?" Profesor znajduje odpowiedź na stronie warszawskiego Ośrodka Informacji ONZ. Kopiuje tekst. A potem przekleja jeszcze definicję kapitału ludzkiego z portalu... Ściąga.pl. To strona dla gimnazjalistów, licealistów i studentów, na której znaleźć można gotowe referaty i wypracowania.
Dr Wroński jest oburzony: - Każdy plagiat to poważne naruszenie dobrych obyczajów naukowych. Uważam, że dyskwalifikuje prof. Kamelę-Sowińską jako rektora szkoły wyższej.
Prof. Kamela-Sowińska przyznaje się do skopiowania tekstów z internetu: - Mleko się rozlało i nie chowam głowy w piasek. Apeluję tylko, by znać proporcje. Niektórzy kopiują pół habilitacji i jest to ewidentny plagiat naukowy. Ja skopiowałam kilka prostych informacji z Wikipedii i to też nazywa się plagiatem. Chciałabym, żeby mój przypadek przyczynił się do jasnego zarysowania granic plagiatu. Powinniśmy jako naukowcy ustalić, czym jest współczesny plagiat wobec powszechnego dostępu do megaźródeł informacji, jakie są granice wykorzystania internetu. [...] Kiedyś popełniłam felieton o Indonezji, z której wróciłam, i też nie podałam źródła, pisząc ile jest tam wysp. Naprawdę, nie myślałam, by cytować źródło tak proste jak Wikipedia czy Ściąga.pl. [...]
Przed miesiącem "Gazeta" napisała, że trzy lata temu ekonomistka splagiatowała tekst o uczciwości w książkę o etyce w biznesie. I tak jak teraz chodziło o wstęp do zbioru referatów z naukowej konferencji. Autor oryginału, prezes jednej z krakowskich fundacji, przed poznańskim sądem żąda 20 tys. zł i przeprosin w gazetach. W rozmowie z "Gazetą" Kamela-Sowińska tłumaczyła wtedy, że z internetu skopiowała niepodpisany tekst. Przyznała się jedynie do braku rzetelności, ale do plagiatu już nie. Proces rozpoczął się na początku marca. Kolejna rozprawa w maju.
[za:
gazeta.pl]
Kapela: Słyszałem też, że w którymś momencie sam Lupa pokazał dupę Dorocie Sajewskiej [dramaturg Teatru Dramatycznego w Warszawie, zastępca dyrektora artystycznego – przyp. red.], w ten sposób historia poniekąd zatacza koło.
Nowka: Nie wiedziałem, to ciekawe, super. Na tej dupie można zbudować bardzo wielopiętrową interpretację. Na przykład w teatrze poszukującym, w teatrze ostatnich dziesięciu, piętnastu lat jest wyłącznie nagość męska, właściwie nie rozbiera się kobiet. Większość aktów to mężczyźni, młodsi, starsi, pokazywani od każdej strony. Nagość męska jest dzisiaj środkiem wyrazu. Gest Szczepkowskiej jest też upomnieniem się tradycyjnego teatru o nagość kobiet. W latach siedemdziesiątych - ja tego nie pamiętam, bo byłem za mały, ale czytałem o tym - np. w Białym małżeństwie Tadeusza Różewicza aktorka się obnażała, pokazała cycki, i Warszawa huczała, specjalnie się do teatru chodziło, żeby zobaczyć cycki jakiejś tam aktorki. Zresztą, cycki kobiece po raz pierwszy pojawiły się na scenie w dwudziestym czwartym roku, pokazała je Mira Kamińska, taka aktoreczka warszawska, to też była sensacja. Teraz to nikogo nie bulwersuje. Ale ta kobieca dupa wzbudziła sensację. Jakby chłopak pokazał dupę, to chyba nie byłoby dzisiaj takiego oburzenia.
[
Maciej Nowak w rozmowie z Katarzyną Górną i Jasiem Kapelą, całość na stronie KP]
Zaczynałem się dusić w realizmie. Rozpaczliwie poszukiwałem głębszego, ożywczego oddechu. Realizm stał się de facto więzieniem języka, traktowaniem go w kategoriach przedmiotowego i przezroczystego medium. A języka nie można używać jak łopaty lub śrubokręta, by skonstruować swój, pożal się Boże, świat przedstawiony. Mówię o tym dlatego, że język jest dla mnie bardzo namacalnym bytem, realnym do szpiku mojej, człowieczej tożsamości. Bytem, który tworzy rzeczywistość, a nie tylko ją nazywa.
Ale sama rzeczywistość staje okoniem wobec realizmu, jest krnąbrna, nieoczywista. Odnoszę czasami wrażenie, że dławi się w ponowoczesnych, kulturowych formach, dyskursach i iluzjach, że zamiast rzeczywistości mamy wtórne imitacje, kopie, podróbki. Gdybym miał je traktować realistycznie, okazałoby się, że je też tylko odtwarzam. Tworze kopię kopii. Owszem, można tak żyć i pisać aż do śmierci, ale to grozi fałszem, jakąś mieszczańską stabilizacją literacką. Jeśli chce się coś o życiu prawdziwego powiedzieć, realizm okazuje się za ciasny, za płytki. Jest pułapką. To tak, jakbym pływał w brodziku i robił taką minę, jakbym wypłynął na głębokie morze.
[Rozmowa z Mariuszem Sieniewiczem, całość w "
Dwutygodniku"]
Baczewski bawi i naucza, ironizuje i moralizuje, przybiera pozę proroka, jest erudytą, ale już za moment sprzedaje nam mało wyszukany żarcik lub próbuje wcisnąć jeszcze jedną trywialną prawdę o świecie. Prowadzi wzniosłe i patetyczne rozważania, ale też – mówiąc wprost – robi sobie jaja. Cechą konstytutywną twórczości Baczewskiego jest pisanie multiplikującymi się, „rozkwitającymi” aforyzmami i bon motami, które wymyśla z niesłychaną łatwością. Z rzadko spotykaną wprawą przeskakuje z jednego kwantyfikatora do drugiego, z jednego uogólnienia do kolejnej zaskakującej pointy.
[Całość tekstu pt. "Tanie a dobre" w najnowszym numerze "
Dwutygodnika"]
Miejsce Piotra Semki naprawdę nie jest w tym sporze po stronie Tomasza Lisa czy namaszczanych przez niego od lat wielce mądrych wujów. Semka postąpiłby lepiej, gdyby zamiast próbować mścić się na Domosławskim za lata dziewięćdziesiąte, napisał np. dobrą polityczną biografię Jarosława Marka Rymkiewicza, w której zarówno odda Rymkiewiczowi zasłużony hołd jako prawdopodobnie największemu współczesnemu geniuszowi polszczyzny, ale też opisze, jak człowiek, który dzisiaj kusi prawicowe dzieciaki pięknem heroicznej masakry i galopującego żubra, sam przeżył lata stalinowskie, wypromował się w PRL-u, a wreszcie rękoma pań z wydawnictwa Sic!, żeby nie pobrudzić własnych, przyjął nagrodę NIKE, której promotora przed prawicową publicznością gwałtownie potępiał. Taka biografia pozwoli zrozumieć Wieszanie i Kinderszenen także jako estetyczne rozliczenie Rymkiewicza z własnym życiem, będzie świetnym remedium na obecne w tych książkach trucizny.
[Całość "Poematu dla dorosłych Artura Domosławskiego" Cezarego Michalskiego na stronie
KP]
Czemu atakują Domosławskiego brązownicy – wiem. Pisanie o życiu prywatnym osób publicznych jest w Polsce zakazane, chyba że stoją za tym wyższe względy. Takie jak konieczność skompromitowania jakiejś osoby publicznej, bo albo zagraża ładowi politycznemu, albo nie zapłaciła pieniędzy żądanych przez szantażującego ją sutenera. Kapuściński nie zagrażał ładowi politycznemu w Polsce ani też nie szantażował go żaden sutener. A jednak Artur Domosławski o jego życiu intymnym napisał, napisał także o jego intymnym życiu politycznym. Posługując się m.in. archiwami Instytutu Pamięci Narodowej. W analogicznie dociekliwy sposób o intymnym życiu Becketta, Sartre’a, Camusa, Manna, a nawet Busha czy Blaira… piszą biografowie we Francji, Anglii, Niemczech czy USA. Nie będąc tam porównywani do pornografów albo populistów, bo to by skompromitowało nie ich, ale autorów takich porównań. Tam to, co zrobił Domosławski, jest normą, tutaj – wciąż jeszcze świętokradztwem. No, ale przecież tam na Zachodzie panuje „relatywizm”, „nihilizm” i „cywilizacja śmierci”. Takiego przynajmniej zdania muszą być Beylin, Bartoszewski, Bratkowski, Lis i wielu innych, skoro książka Domosławskiego, napisana według standardów zachodniej biografistyki, od wielu analogicznych biografii wielkich zachodnich pisarzy czy polityków bez porównania dla Kapuścińskiego łagodniejsza, oburza ich aż tak bardzo. Mimo że nie są oni wdową po wielkim reportażyście, gdyż tylko ona jedna ma prawo się oburzać. Podobnie robią wdowy i wdowcy w całym wolnym świecie, skarżą, chodzą po sądach, starają się zatrzymać wszelkie nieautoryzowane biografie swoich byłych partnerów.
[Całość "Poematu dla dorosłych Artura Domosławskiego" Cezarego Michalskiego na stronie
KP]