Narastające odrzucenie dotyczy nie tylko PO – PiS i postrzeganego jako niszowe towarzystwo miłośników posad PSL, dotyczy także lewicy spod sztandarów PRL, z jej kultem Jaruzelskiego, antyklerykalizmem (czy raczej antykościelnością) i galerią nikogo nieporywających postaci – a teraz także z wewnętrznymi wojenkami i mnożeniem kanap.
Polacy nie kierują się kategoriami lewica – prawica, czego dowodem było łatwe przejście elektoratu od lewicy do narodowo-socjalnego PiS. Obecnie bardziej prawdopodobny wydaje się ruch odwrotny niż utrzymanie tego elektoratu w kręgu tradycjonalizmu.
Szansą na objęcie w Polsce za kilka lat władzy jest stworzenie jakiejś syntezy społecznej lewicowości z zasadniczą krytyką pookrągłostołowych przemian ustrojowych i gospodarczych, całkowicie je odrzucającą, oraz z przykościelną, generalnie, wrażliwością przeciętnego Polaka (która zresztą nie wyklucza antyklerykalizmu; tyle że ten polski antyklerykalizm, oparty na chłopskiej zawiści o biskupie limuzyny, inny jest zupełnie niż proponowany przez SLD zapateryzm).


[Rafał Ziemkiewicz, Nadchodzi pogoda dla lewicy, "Rzeczpospolita" z 28 października 2008]

Z dość sporą czułością - jak na ciebie - spojrzałeś na "starego Moralesa" - bohatera "Jedenaście", i jego poglądy PiS-owskie. Czyżbyś się robił na starość coraz bardziej konserwatywny?
Ale z drugiej strony wyśmiewam ewolucję jego myślenia, która doprowadziła go do takich poglądów. Więc nie jest to aż takie ciepłe. Z drugiej strony piszę też ciepło, bo znam takich ludzi i czasem ich lubię, choć uważam też, że to myślenie jest obarczone pewnymi skazami i te skazy jednak w powieści obśmiewam. Ale trzeba przyznać, że Morales jest tak pięknie oldschoolowy... O negatywnych postaciach też można ciepło pisać. Tak piszę też o panu Wiesiu, który jest przedstawicielem lewicującej młodzieży, i wśród nielicznych czytelników tej powieści ma już paru fanów…
Bo jest rzeczywiście postacią przecudnej urody. To samo można zresztą powiedzieć o jego poglądach.
No bo Wiesiu jest zlepkiem wszystkich kretynizmów i śmieszności lewicowego sposobu myślenia. Bredzi tak, jak bredzi młodzież i ma takie zainteresowania jak młodzież. On jest taki jak dziennikarze działu kultury w krakowskim dodatku "Gazety Wyborczej". Młodzi ludzie, którzy piszą o młodzieżowych klubach, różnych dziwacznych wystawach w galeriach, młodym teatrze i literaturze (najchętniej tej wydawanej przez wydawnictwo Ha-art.) i każde barachło łykają bezkrytycznie. I oni wygadują właśnie takie rzeczy jak pan Wiesiu, w tej postaci nie ma fikcji.
Jego opowieść o "Tygodniku Powszechnym" jako organie młodej lewicy jest rzeczywiście powalająca…
I co zabawne, w jakimś sensie też prawdziwa. Zetknąłem się z takim myśleniem. Ci młodzi lewicowcy myślą w przekomiczny sposób. Przypominam wszystkim, że jest to pismo, którego przed laty naczelnym był Jerzy Turowicz! Są pewne wartości i byle gnój nie może ich dezawuować.


[za: "Ja zawsze kłamię", z Marcinem Świetlickim rozmawia Mirosław Spychalski, "Dziennik"]

Pewna młoda dziennikarka przeprowadzała w garderobie wywiad z Andrzejem Poniedzielskim, a że był to grudzień, to spytała, co uważa za swoje największe osiągnięcie w mijającym roku. Andrzej zamilkł, popatrzył na nią, westchnął i powiedział: "Proszę pani, ja w sierpniu z ośmiu metrów trafiłem ogryzkiem w wiadro".
Piękna rzecz, tak trafić.
A wyraz twarzy tej dziennikarki był zjawiskowy. A propos wyrazów twarzy, to przypominam sobie, jak w pewnej telewizji informacyjnej, z którą współpracuję, relacjonowano pierwszy przypadek choroby wściekłych krów w Polsce. I korespondent produkuje się, produkuje, opowiada, a na koniec kompletnie roztargniony i niezainteresowany tym prezenter pyta: "Maćku, a czy możesz jeszcze powiedzieć, o jakie zwierzę chodziło?".
A o jakie?
Odpowiem jak redaktor Maciek [Artur Andrus zaciska zęby i mówi z wściekłością]: - O krowę!
Roztargnienie bywa bolesne w skutkach.
Mistrzostwem była rozmowa pewnej dziennikarki radiowej z Wiesławem Michnikowskim. Aktor dał się namówić na wywiad, a ona zaczyna tak: "W naszym mieście z gościnnymi występami przebywa Edward Dziewoński. Chciałam pana zapytać…". I Michnikowski bez mrugnięcia okiem występował w roli Dziewońskiego, opowiadał, jak to zakładał kabaret "Dudek", grał w "Eroice" i Teatrze Syrena, a na koniec dodał, że chciałby pozdrowić słuchaczy i sprostować, że nie nazywa się Edward Dziewoński, tylko Wiesław… Gołas. To powinno trafić do muzeum dziennikarstwa polskiego.
Obok wywiadu dziennikarki z Bydgoszczy, która postanowiła przygwoździć Jarosława Kaczyńskiego i spytała go na żywo: "Czemu inwigilował pan prawicę?".
Tu ciekawy musiał być wyraz twarzy Kaczyńskiego, bo ona zapewne uważała, że wszystko jest w porządku. Nic chyba nie przebije jednak słynnego pytania do Władysława Bartoszewskiego: "Panie profesorze, w czasie II wojny światowej zginęło sześć milionów Żydów. Dużo to czy mało?".

[za: "Chałturzyłem z panienkami", z Arturem Andrusem rozmawia Robert Mazurek, "Dziennik"]

Potoczne oczekiwanie, że nowa rzeczywistość znajdzie wyraz w nowej literaturze, brało się i bierze z nieporozumienia. Literatura nie oddaje rzeczywistości; nie tę realną, namacalną, w każdym razie. Literatura oddaje rzeczywistość, jeśli można to tak ująć, mentalną, duchową. O ile zaś rok 1989 i jego następstwa przyniosły przełom w sferze materialnej, to sfera mentalna pozostaje tą samą, jaka ukształtowała się w PRL. Tu nie było ani przełomu, ani łagodnej, ewolucyjnej zmiany – choć jest narastająca kontestacja.

III RP, byt politycznie odmienny od PRL, duchowo pozostaje bytem tym samym. Rozliczne dowody tej identyczności wymagałyby obszernego eseju. Mówiąc tylko pokrótce: przede wszystkim, III RP tak samo jak PRL, jest krainą ufundowaną na pewnym założycielskim kłamstwie i od każdego, kto chce dołączyć do jej elit, wymagającą uszanowania owego kłamstwa. Tak jak ongiś Związek Patriotów Polskich, Manifest lubelski oraz „wyzwolenie narodowe i społeczne”, zawdzięczane herosom z PPR, AL i LWP, tak dziś owym kłamstwem jest historyczny sukces Okrągłego Stołu, bezkrwawa transformacja ustrojowa, którą zawdzięczamy dobrej woli i otwarciu na kompromis ludzi „z dwóch stron historycznego podziału”.

Mit założycielski PRL wymagał utrzymywania rozległych sfer tabu; nie inaczej jest z mitem III RP. Nie wolno jest badać szczegółowych okoliczności „reglamentowanej rewolucji”, a zwłaszcza wyników takich badań upubliczniać, by nie podważać tezy o dobrowolnym oddaniu władzy przez generałów. Nie wolno zagłębiać się w wewnętrzne spory w łonie antypeerelowskiej opozycji, nie wolno nawet publikować bez specjalnej autoryzacji uprawnionych do tego ośrodków zapisów z przesłuchań--negocjacji prowadzonych w przededniu okrągłostołowego dilu przez jednego z przywódców zwycięskiej później frakcji opozycji.

Zamiast historii III RP ma niepodlegających żadnej krytyce bohaterów i akademie ku ich czci. Z literatury produkuje głównie laudacje. Warunkiem przynależności do elity tak samo jak PRL czyni wspólne oddawanie czci panteonowi bohaterów nawzajem wystawiających sobie świadectwo przynależności do niego oraz dawanie odporu wrogom i trwanie przy pryncypiach. Podobnie jak w PRL kwitnie więc w niej Orwellowskie „dwójmyślenie”: można na jednym oddechu przyznawać jako rzecz oczywistą i z dawna wiadomą, że bohater miał hańbiący epizod, i ubliżać od kłamców historykom, którzy wiedzę o owym epizodzie, zastrzeżoną dla grona „ludzi odpowiedzialnych”, ośmielili się upowszechnić.

Podobnie jak w PRL ludzie, którzy w prywatnych rozmowach doskonale wszystko wiedzą i nawet chętnie dołączają do towarzyskiego narzekania na panujące stosunki, w wystąpieniach publicznych unikają tych samych tematów jak ognia bądź recytują propagandowe formułki. Ten sam nakaz milczenia, który w PRL zabraniał mówienia o Katyniu, dziś zabrania pamiętać o rzeziach wołyńskich. PRL miał swój rytm przesileń, „pieredyszek”, po których kłamstwo nieuchronnie umacniało się i wracało do rangi podstawowej zasady organizującej rzeczywistość; i tego doświadczyła już w swej krótkiej historii III RP z odwilżą po aferze Rywina, obietnicą „szarpnięcia cuglami” i „oczyszczenia” oraz stopniowym powrotem do dawnego tonu i pogodzenia w małej stabilizacji ze wszechpotężną, rozpanoszoną w życiu publicznym nieprawością.

[Rafał Ziemkiewicz, Wygonić Gombrowicza Conradem, "Rzeczpospolita"] {Wybaczcie tak długaśny fragment, ale wydaje się, że warto się w ten tekst Ziemkiewicza uważnie wczytać i wziąć udział w dyskusji, do której - jak się domyślam - zaprasza sam autor - przyp. GW}

Gombrowicz – zakazany, ale podziwiany, Conrad – dozwolony, ale żenująco niemodny. Spór, który najlepiej oddaje polską współczesną literaturę, toczy się nie pomiędzy lewicą a prawicą, nie pomiędzy III Rzeczpospolitą a nadziejami na jakąś lepszą IV, nie pomiędzy posttradycjonalizmem a postawangardą i zdecydowanie nie pomiędzy Gombrowiczem a Sienkiewiczem, jak usiłowano to tabloidowo pozycjonować na bieżące potrzeby polityczne. Patronami tego sporu pozostają wciąż Gombrowicz i Conrad.


[Rafał Ziemkiewicz, Wygonić Gombrowicza Conradem, "Rzeczpospolita"]
Środek silnie żrący. Płyta jak Kret. Można by o niej nakręcić reklamę z Zygmuntem Chajzerem: zobacz, co zwykłe płyty robią z twoją głową. 'The Stone: Issue Three' robi to naprawdę dokładnie. I pokazać nieskazitelną czystość umysłu. Nie do słuchania przy obiedzie ani na romantycznej kolacji, ale niezbędna w momentach, kiedy w życiu nawarstwi nam się tyle problemów i codziennego szlamu, że trzeba czegoś naprawdę mocnego, co by się przez to przegryzło, przeżarło. 'The Stone...' jest jak konstruowanie bomby z kilku - nieszkodliwych przedtem - składników.


[Paulina Reiter o płycie Reeda, Zorna i Anderson, "Wysokie Obcasy" nr 41/2008, s. 8]



[Daito Manabe Zsynchronizował swoją twarz z odtwarzaną muzyką. Małe impulsy elektryczne wysyłane w takt muzyki wywołują widoczne na filmie skurcze mięśni.]
Dziwne, że żaden ze szmatławców nie skojarzył jeszcze faktów i nie stworzył kolejnego wariantu teorii „żydowskiego spisku”. Popatrzmy: Żyd Polański hojnie nagradza Żydów Joela i Ethana Coenów, a w dodatku owi bracia są – obok kolejnego Żyda Woody’ego Allena – właściwie jedynymi osobami w Hollywood, które sprawują pełną kontrolę nad swoimi filmami. Nikt im się nie wtrąca do obsady czy do final cut, mimo że ich filmy nie przynoszą imponujących zysków, a czasami wręcz kończą na minusie.


[Bartosz Żurawiecki, To nie jest świat dla mądrych ludzi, "Przekrój" nr 43/2008, s. 55]
Wydaje się, że Hermanson chciała stworzyć coś w rodzaju beletryzowanego wariantu filmowych dzieł Bergmana (permanentne milczenie Mai, przenikanie się twarzy i osobowości Ulriki i Anne-Marie, Skandynawia itd.), który to ambitny projekt oczywiście zakończył się sromotną porażką. To trochę tak jakby „swojego Bergmana” chciał nakręcić, nie wiem, Olaf Lubaszenko lub Władysław Pasikowski. Nie idzie o to, że autorka Plaży Muszli opowiada nam o przyjaźni twardych mężczyzn o miękkich sercach i złych kobietach, które te serca ranią, ale o samą śmieszność takiego wyobrażenia, takiego porównania. To taki Bergman, któremu trudno byłoby uwierzyć i którego dzieło nikogo nie zdołałoby poruszyć, Bergman w wersji popowej, strywializowanej, pełnej pretensji i mielizn.


[Całość recenznji, pod tytułem "Bergman w stylu pop", tutaj: ksiazki.wp.pl]

{Wyrazy wdzięczności dla Tyci tak za link jak i zgodną z polskim prawem obróbkę grafiki - przyp. GW}
Kolejny stek pretensjonalnych bzdur, którymi będą się podniecały znad garów wyegzaltowane domowe kury... domagalik, królowa pretensji i pozy wraz z wiśniewskim, pierwszym piewcą internetowej masturbacji opisywanej w nędznym stylu nędznego coelho - murowany hicior wydawniczy... gardzę każdym, kto to kupi, przeczyta i polubi.


[zgryźliwy tetryk, za: ksiazki.wp.pl]
Nie jest to oczywiście najjaśniejszy Nikkor - to bzdura, ale ponoć soczewy do tego cudeńka były ręcznie szlifowane wyłącznie przez nagie, japońskie dziewice w celu całkowitego wyeliminowania aberracji komatycznej.


[Czorny; za: forum Nikona]

Josef Fritzl, sadysta i dewiant, który przez 24 lata więził i gwałcił w piwnicy swoją córkę, zamierza przekształcić swój dom w Posiadłość Grozy. Po wyjściu z więzienia chce utrzymywać się z pokazywania podziemi, w których przetrzymywał swoje ofiary. Liczy na tysiące zwiedzających. Czy bezpodstawnie?
Na pierwszy rzut oka pomysł austriackiego sadysty to jakaś potworna makabreska. Ale czy tak jest na pewno? Przecież od lat kolejki turystów ustawiają się po to, żeby zobaczyć przeróżne sale tortur czy zamek księcia Drakuli w rumuńskim Branie - przy czym, co ciekawe, ten zamek nigdy nie należał do Vlada Palownika, pierwowzoru Drakuli, ale... turyści o tym nie wiedzą.
Josef Fritzl chce zarobić na tym, że ludzie fascynują się cierpieniem, chociaż panicznie boją się zarówno śmierci jak i bólu. Dobrze też wie, że jego zhańbione nazwisko stało się świetnie rozpoznawalną marką. Mało tego - jego plany nie kończą się na pomyśle otwarcia Posiadłości Grozy. Zamierza też sprzedać prawa do napisania książki o swoich czynach za... 10 milionów funtów - pisze "Daily Mirror".
W książce znajdą się szczegóły dotyczące 24-letniego koszmaru, jaki Fritzl zgotował swojej córce. Więziona w piwnicy kobieta urodziła mu siedmioro dzieci. Jedno z nich zmarło. Fritzl spalił jego ciało w piecu.
"On mówi, że chce zarobić te pieniądze dla swojej rodziny, ale tak naprawdę dba tylko o siebie" - podaje źródło gazety.


[Za: dziennik.pl]
Byłem z komunistami przeciw apartheidowi, z "zimnowojennymi wojownikami" broniłem Czechosłowacji. W Bośni byłem po stronie muzułmanów, którzy nie zgadzali się ze mną w sprawie Salmana Rushdiego. Innym razem z Żydami, dla których byłem podejrzany z powodu popierania idei państwa palestyńskiego.


[Christopher Hitchens, Listy do młodego buntownika, za: Artur Domosławski, Skandalista Hitchens, "Niezbędnik Inteligenta" wydanie 16, "Polityka" nr 42/2008, s. 17]



{Największe chyba odkrycie muzyczne ostatnich tygodni, za sprawą którego to odkrycia po co najmniej kilka godzin dziennie słucham neoklasyki, klasyki przemieszanej z ambientem, klasyki wymieszanej z elektroniką wszelkiego sortu i jakiej tam jeszcze. Max Richter. Wyżej zaledwie jeden utwór, ale nie wyobrażam sobie, byście mogli nie znać wszystkich czterech - jak do tej pory - albumów Richtera. Jeszcze bardziej nie wyobrażam sobie, by mogło was nie być na czwartkowym koncercie Richtera w Krakowie na festiwalu Unsound. Za 30 złotych! - przyp. GW}
To celowa gra Ludwika Dorna obliczona na zdobycie popularności i sympatii jako ofiara Jarosława Kaczyńskiego. Każdy, kto się z prezesem skonfliktował, zostawał kanonizowany przez media jako męczennik. Dorn będący wcześniej pośmiewiskiem i czarnym ludem mediów jako autor burych suk, kamaszy czy wykształciuchów staje się pozytywnym bohaterem i może teraz liczyć na ciepłe słowa! Jego cynizm polega na tym, że wiedząc o tym, nie waha się atakować własnej partii.


["Już nie jestem bulterierem", z Jackiem Kurskim rozmawia Robert Mazurek, "Dziennik"]
Kinga Rusin bardzo strzeże swojej prywatności. W wywiadzie dla "Vivy" przyznała, że jest zakochana, ale nie chciała zdradzić w kim. Kinga nie chce po prostu zapeszać. Dziennikarka równie rzadko jak o swoich sprawach sercowych, mówi też o córkach. W wywiadzie dla "SE" zrobiła wyjątek i zdradziła w kogo wdały się jej pociechy.
Starsza córka, Pola, ma niesamowite zdolności i byłaby z niej doskonała dziennikarka. Dziennikarka polityczna. Czasami jestem w szoku, gdy jej słucham. Jest spostrzegawcza i mądra. Myślę, że gdyby poszła w ślady taty (Tomasza Lisa - red.), mogłaby zrobić karierę. I to nie tylko w Polsce. Iga pisze wiersze. Ma zwyczaj zostawiania mi kartek z wierszami na poduszce. Kiedy jeszcze nie potrafiła pisać, nagrywała swoje opowieści na dyktafon. To było niesamowicie urocze. Zaczęłam nawet kupować jej tomiki z poezją Leśmiana, Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i księdza Twardowskiego. Pola twierdzi, że to bzdety, a młodsza ma łzy w oczach, gdy razem czytamy te wiersze. Przeżywa je i mówi, że są niesamowite - mówi "SE" Kinga.


[za: plotek.pl] {Nie żebym się jakoś ostatnimi czasu uwziął na Kingę Rusin, czy coś w tym rodzaju - po prostu wyszperałem takie rzeczy w archiwach plotka, obie związane poniekąd z literaturą, więc postanowiłem się z Państwem tymi odkryciami radosnymi podzielić - przyp. GW}
Choć jako szesnastolatek nie potrafiłbym tego tak nazwać, właśnie dzięki papieżowi zobaczyłem na własne oczy transcendencję. Nie była to transcendencja religijna, dotknięcie jakiegoś nieludzkiego Boga, ale transcendencja społeczna - przekraczająca to wszystko, co wcześniej widziałem wokół siebie w PRL. Zresztą dzięki tej transcendującej wszystkie znane mi dotychczas reakcje i zachowania społeczne atmosferze papieskich mszy zobaczyłem także po raz pierwszy sam PRL. Zobaczyłem komunistyczną władzę - właśnie w tych telewizyjnych transmisjach - poprzez jej strach.


[Cezary Michalski, Mój społeczny mesjasz, "Dziennik" z 16 października 2008, s. 20]