* * *
katolicy w barach mlecznych śmierdzą niemiłosiernie
bóg dał im wątróbkę i smażone buraczki
zginął za ich grzechy
za bony obiadowe kazał im kupić święty kisiel wiśniowy
oglądajcie seks w telewizjach! katolicy oglądają
seks w złym wydaniu powodujący niemiłosierne mdłości
a potem traci na tym cały kościół, młode córki jadą na saksy
panie z radia maryja mało nie zaczną roznosić
strażnicy, gorliwość, predestynacja, obierki od ziemniaków
hej panie jezu zatańcz ze mną, gruby ksiądz z gitarą
ma cukrzycę i lubi młodzież
[Szczepan Kopyt, ***, Yass, Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu, Poznań 2006, s.9]
Piętnastoletnia Basia Kaczyńska jest autorką dwóch wydanych książek. Trzecia czeka na druk.
Na ostatnich warszawskich targach podpisywała „Siostrę dzienną”, która rok temu ukazała się nakładem Agencji Wydawniczej Jerzy Mostowski.
Miała dziesięć lat, kiedy LSW opublikowała w 2003 r. jej debiutancką minipowieść „Planeta koni” z autorskimi ilustracjami. Gotowy jest „Tryptyk Świata Mgły”, epos pełen poetyckiej fantazji.
– Nie można przystąpić do pisania książki bez pomysłu – mówi Basia. – Punktem wyjścia dla „Siostry dziennej” była zabawa na plaży z młodszym bratem Zbyszkiem. Wykopaliśmy okrągły dół i na jego ścianach wyobraziliśmy sobie całe miasto. Opisałam je w mojej książce. Pomysł „Tryptyku Świata Mgły” przyszedł mi do głowy podczas lektury książki „Smoki jesiennego zmierzchu”. Zaskoczyło mnie postępowanie jednej z postaci. Uznałam, że gdybym to ja była autorką powieści, zachowałaby się zupełnie inaczej. W ten sposób pierwotna postać, ale obdarzona przeze mnie innym charakterem, zachowaniem i wypowiedziami, zaczęła się jakby sama stwarzać. Pisanie „Tryptyku Świata Mgły” zajęło mi około roku. Z wydawcami rozmawia mój dziadek.
Basia, uczennica trzeciej klasy Gimnazjum im. Żmichowskiej w Warszawie, dużo czyta, także po angielsku i francusku. Spore wrażenie zrobił na niej film „Nosferatu”, lubi też „Labirynt Fauna” i „Gnijącą pannę młodą”. Hoduje Szyszkę, papużkę falistą, która ostatnio obdarowała ją dwoma jajkami.
Podziwia Tolkiena za monumentalnego „Władcę pierścieni”, choć nie tak dla niej zajmującego jak „Opowieści z Narnii” Lewisa. Sięga po książki Pratchetta. W jej „Tryptyku…” niektórzy bohaterowie mówią w stworzonym przez nią dźwięcznym języku wylfickim. Autorka dołącza słowniczek podstawowych zwrotów, objaśnia imiona postaci. W przypadku jednego z występujących tam rodów są to przetworzone łacińskie nazwy nietoperzy. Cechą charakterystyczną prozy Barbary Kaczyńskiej jest traktowanie postaci i sytuacji z lekką ironią.
– W książkach fantasy nie lubię tonu zbyt serio. Pompatyczność i patos zawsze mnie śmieszą. Wolę być wobec nich zdystansowana. Chciałabym być pisarką, choć zdaję sobie sprawę, że w tym zawodzie niełatwo się utrzymać – wyznaje.
[Janusz R. Kowalczyk, Nastoletnia pisarka tworzy nowy język, "
Rzeczpospolita"]
Który z polskich pisarzy lub poetów cieszy się Twoim uznaniem? (możesz wybrać kilka odpowiedzi)
Ogółem oddano głosów: 7636
Sławomir Mrożek 873 11%
Wojciech Kuczok 58 1%
Jerzy Pilch 342 5%
Sławomir Shuty 28 0%
Wisława Szymborska 898 12%
Marek Krajewski 78 1%
Tadeusz Konwicki 383 5%
Dorota Masłowska 108 1%
Manuela Gretkowska 177 2%
Olga Tokarczuk 189 3%
Adam Zagajewski 91 1%
Krystyna Kofta 262 4%
Bronisław Wildstein 302 4%
Andrzej Sapkowski 489 6%
Feliks W. Kres 40 1%
Andrzej Stasiuk 159 2%
Jarosław Marek Rymkiewicz 84 1%
Tadeusz Różewicz 740 9%
Waldemar Łysiak 602 8%
Stanisław Barańczak 297 4%
Ernest Bryll 504 7%
Ktoś inny 544 7%
Nie interesuje mnie to 388 5%
[Sonda znaleziona na: www.onet.pl]
Gdyby chcieć połączyć ze sobą Rafała Wojaczka i Marcina Świetlickiego, mógłby nam wyjść z takiego skrzyżowania niezbyt atrakcyjny, choć z całą pewnością mocno przewrażliwiony, potwór. Tak właśnie wyobrażałem sobie tę hybrydę przed lekturą Antypodów Sławomira Elsnera.
[Całość tutaj:
biuro]
Gdy postanowiłam znaleźć pracę w przemyśle filmowym, zdecydowałam się na sesję w "Playboyu", by ludzie myśleli, że jestem sexy i dzięki temu zaangażowali mnie w filmie. To była Sharon Stone, którą sama wymyśliłam, żeby zostać aktorką. Nie była to jednak prawdziwa Sharon Stone. Za to ta prawdziwa ma na tyle inwencji, by wymyślać postać, która odnosi sukcesy. A prawda jest taka, że jestem bardziej jak James Joyce czy Dylan Thomas niż Marilyn Monroe. Ale jestem wystarczająco bystra, by wiedzieć, jak nałożyć makijaż i w co się ubrać. Ale takie rzeczy wiedzieliby też i Joyce, i Thomas. [...]
Jest tyle interesujących rzeczy, że trudno wskazać przykłady. Mogę się inspirować, czytając Platona, ale też czytając butelkę po szamponie do włosów.
[Sharon Stone, Nie jestem głupia, w rozmowie z Martą Sawicką, "Wprost" nr 22 z 1 czerwca 2008, s. 116-117]
Nikt nie traktuje jej [polskiej lesbijki - przyp. GW] poważnie, bo i po co? Odrzucona i wyśmiana w heteromatriksie schodzi do homomatriksu. [...]
- Mnóstwo kobiet, dziś 60-, 70-letnich, nauczyło się żyć w heteromatriksie. [...]
Tylko nieliczne ze starszego pokolenia lesbijek zdecydowały się na ucieczkę z heteromatriksu i związki z kobietami. [...]
Niewidoczna lesbijka nie ma znaczenia. Również dla homomatriksu. [...]
Dlatego coraz więcej lesbijek usiłuje uciec z opanowanego przez gejów homomatriksu i znaleźć własną niszę. [...]
Za rządów PiS setki lesbijek wyjechało z kraju. Teraz wiele z nich wraca: nie do homomatriksu czy heteromatriksu, ale do siebie.
[Elżbieta Turlej, Lesbijki wychodzą z cienia, "Przegląd" nr 23 z 8 czerwca 2008, s. 18- 21]
Maeterlinck: Wielki artysta, którego nie obchodzi, że nudzi czytelnika: nie będzie zastanawiał się nad taką drobnostką.
[Jules Renard, Dziennik, Wydawnictwo Krąg, Warszawa 1993, przekład i opracowanie Joanny Guze, s. 116]
- Dla nas to były sanktuaria - mówi - święte miejsca, gdzie razem z chorymi siedzieli dysydenci, niepokorni intelektualiści, hipisi i tłumy niezwykłych ludzi, których radziecka psychiatria uważała za wariatów. Siedziałem z Wołodią Wysockim, innym razem z gościem, który porwał walec drogowy i śmigał nim po Moskwie, albo takim, co włamał się do budki z piwem i całą noc wiadrami nosił piwo do domu. Miał pełną wannę i akwarium, kiedy rano go złapali. W 1989 roku poznałem w durce zupełnie normalnego artystę plastyka, który zrobił plakat "Komuniści - precz z Afganistanu" i powiesił go na balkonie.
- Na czyim balkonie?
- Na swoim.
- No to wariat! Dziwisz się, że wzięli go do czubów?
- Ale siedział już dziesięć lat. Kiedy wychodziłem, jego ciągle trzymali. Dzięki takim ludziom panował tam niezwykły duch artystyczny, bardziej autentyczny niż na wolności. Nie było obłudy, dwulicowości, konformizmu, bo w durkach nie było czego się bać. Tylko tam mogłem być sobą, tam rodził się nasz ruch.
[Jacek Hugo-Bader, Egzamin na świra, "Duży Format", 2 czerwca 2008]
"W Polsce 2,5 miliona mężczyzn cierpi na erekcję" - powiedziała Magda Mołek w weekendowym wydaniu "Dzień dobry TVN", który był poświęcony właśnie problemom związanym z zaburzeniem erekcji.
[za: wp.pl]
Wojny wywoływane są właśnie przez ludzi, którzy mają szalenie poważne plany i realizują je za wszelką cenę. Gombrowicz pisał w 'Historii', że gdyby cesarz Franciszek Józef przez chwilę był mniej poważny i zdjął buty, to nie byłoby pierwszej wojny światowej. W Polsce okresem utraty ironii był z pewnością okres poprzedniego rządu. Występujący w mediach politycy nie robili żartów, tylko strasznie poważne grymasy. Moja mama z tego wszystkiego zdecydowała, że będzie oglądać tylko filmy o zwierzętach.
[Michał Zadara, Jestem strasznie grzeczny, "Wysokie Obcasy", 31 maja 2008]
Nie mogłem się powstrzymać, żeby nie powiedzieć sprzedawczyni w kiosku:
- Ta mała książeczka jest moja.
- Ach! - odpowiada - nie sprzedałam jeszcze ani jednego egzemplarza.
[Jules Renard, Dziennik, Wydawnictwo Krąg, Warszawa 1993, przekład i opracowanie Joanny Guze, s. 58]
W centrum handlowym była loteria i można było wygrać samochód. Wypełniłem kupon, wrzuciłem tam gdzie trzeba i nie wygrałem. Bardzo mnie to zniechęciło do loterii w centrach handlowych.
[Michał Zadara, Jestem strasznie grzeczny, "Wysokie Obcasy", 31 maja 2008]
Po prysznicu wyszła okryta jedynie ręcznikiem. [...] Otworzyła lodówkę minibaru i wyciągnęła zmrożoną buteleczkę z dżinem. Wypiła ją duszkiem. Znalazła marlboro w kieszeni marynarki Pawła. Zapaliła. Wróciła do łazienki. Z kosmetyczki Pawła wydobyła jego diora. Spryskała nim kawałek ściany między przedpokojem i biurkiem. Na wysokości ust i nosa. Z lodówki wyciągnęła buteleczkę z koniakiem. Wypiła ją w drodze do łazienki. Grubą warstwą malinowej wazeliny do warg posmarowała swój anus. Odrzuciła ręcznik na łóżko. Sprawdziła zegarek. Mijało właśnie piętnaście minut. Zapaliła drugiego papierosa. Podeszła do ściany. Stanęła, opierając czoło na ciągle wilgotnej plamie po diorze. Usłyszała trzask zatrzymującej się na piętrze windy. Podniosła ręce. Rozsunęła szeroko uda, wypięła pośladki. Słyszała zbliżające się kroki. Nagle światło z korytarza przedostało się do pokoju i zgasło. Usłyszała zgrzyt zamykanych drzwi. Zaciągnęła się głęboko papierosem. Nie zawiedziesz mnie teraz, Freudzie, prawda?! – pomyślała, zamykając oczy...
[Janusz L Wiśniewski, Martyna i inne opowiadania o miłości, Prószyński i S-ka, Warszawa 2006]