Na plażę państwo nie chodzą.
Bo nie ma osobnych plaż dla kobiet i mężczyzn. Chodzimy w Izraelu, bo tam są.
Bywa pan w kinie?
Nie, w ogóle. Mamy DVD i dzieci mogą oglądać w domu filmy religijne, o świętach czy tradycji.
Jakieś rozrywki?
A co to znaczy „rozrywka”?
Entertainment.
Ach tak, mamy swoje śpiewy, tańce, czas, który spędzamy razem.
To jak pan odpoczywa?
Ja? (śmiech) Idę spać.


[Rabin Szalom Ber Stambler w rozmowie z Robertem Mazurkiem, "Rzeczpospolita"] 
Czemu atakują Domosławskiego brązownicy – wiem. Pisanie o życiu prywatnym osób publicznych jest w Polsce zakazane, chyba że stoją za tym wyższe względy. Takie jak konieczność skompromitowania jakiejś osoby publicznej, bo albo zagraża ładowi politycznemu, albo nie zapłaciła pieniędzy żądanych przez szantażującego ją sutenera. Kapuściński nie zagrażał ładowi politycznemu w Polsce ani też nie szantażował go żaden sutener. A jednak Artur Domosławski o jego życiu intymnym napisał, napisał także o jego intymnym życiu politycznym. Posługując się m.in. archiwami Instytutu Pamięci Narodowej. W analogicznie dociekliwy sposób o intymnym życiu Becketta, Sartre’a, Camusa, Manna, a nawet Busha czy Blaira… piszą biografowie we Francji, Anglii, Niemczech czy USA. Nie będąc tam porównywani do pornografów albo populistów, bo to by skompromitowało nie ich, ale autorów takich porównań. Tam to, co zrobił Domosławski, jest normą, tutaj – wciąż jeszcze świętokradztwem. No, ale przecież tam na Zachodzie panuje „relatywizm”, „nihilizm” i „cywilizacja śmierci”. Takiego przynajmniej zdania muszą być Beylin, Bartoszewski, Bratkowski, Lis i wielu innych, skoro książka Domosławskiego, napisana według standardów zachodniej biografistyki, od wielu analogicznych biografii wielkich zachodnich pisarzy czy polityków bez porównania dla Kapuścińskiego łagodniejsza, oburza ich aż tak bardzo. Mimo że nie są oni wdową po wielkim reportażyście, gdyż tylko ona jedna ma prawo się oburzać. Podobnie robią wdowy i wdowcy w całym wolnym świecie, skarżą, chodzą po sądach, starają się zatrzymać wszelkie nieautoryzowane biografie swoich byłych partnerów.


[Całość "Poematu dla dorosłych Artura Domosławskiego" Cezarego Michalskiego na stronie KP]
Rz: Po raz pierwszy dotknął pan żonę po ślubie?
Tak, to prawda.
Nie mówię o pocałunku, ale nie trzymał jej pan nawet za rękę?
Dopóki nie wzięliśmy ślubu – nie.
Młodzi czytelnicy gotowi pomyśleć, że ma pan czułki i jest Marsjaninem.
(śmiech) Zobaczą na zdjęciu. Wie pan, jakie to piękne? Wtedy małżeństwo jest czymś wyjątkowym, specjalnym. A dla ludzi, którzy żyją ze sobą przed ślubem, jest tylko obowiązkiem. Do tej pory wszystko było dla nich przyjemnością, a tu nagle jakieś zobowiązania. To musi być dla nich strasznie smutny dzień.


[Rabin Szalom Ber Stambler w rozmowie z Robertem Mazurkiem, "Rzeczpospolita"]
Większości z nas podobają się osoby o rysach twarzy podobnych do naszych własnych. Okazuje się jednak, że po krótkim, ale stresującym doświadczeniu preferencje mężczyzn czasowo się zmieniają – stają się bardziej elastyczne. [...]
Dlaczego zwykle podobają nam się partnerzy o twarzach podobnych do naszych? Zdaniem naukowców wynika to z tego, że mamy większe zaufanie do znajomych twarzy – a zaufanie to jeden z najważniejszych czynników decydujących o tworzeniu długotrwałych związków. Okazuje się jednak, że w sytuacjach stresowych tendencja do wchodzenia w związki z osobami "podobnymi" słabnie lub zanika.
Dr Lass-Hennemann sądzi, że stres nasila u mężczyzn tendencję do szukania partnerek "spoza stada", czyli możliwie najmniej spokrewnionych genetycznie – w procesach ewolucyjnych zwiększa to prawdopodobieństwo, że potomstwo zrodzone z takich związków będzie lepiej przystosowane do radzenia sobie z nieprzyjaznym środowiskiem.


[Całość artykułu na stronach zdrowie.onet.pl]
Uzależnieni spędzają proporcjonalnie więcej czasu, przeglądając zawartość witryn erotycznych czy grając online. Angażują się też w życie społeczności internetowych, ale płacą za to wysoką cenę. Brytyjczycy zauważyli bowiem, że w grupie tej częściej niż wśród nieuzależnionych występuje średnio nasilona i głęboka depresja.
- Nasze badanie wskazuje, że nadmierne korzystanie z internetu jest związane z depresją, ale nie wiemy, co pojawia się pierwsze - czy to ludzie z depresją są przyciągani przez sieć, czy to raczej internet powoduje depresję. Jedno jest jasne, w przypadku niewielkiej grupy ludzi intensywne korzystanie z sieci może być sygnałem ostrzegawczym o istnieniu tendencji depresyjnych - tłumaczy Morrison.


[Całość tekstu o internetowej depresji na stronach Interii]
Od peletonu wydawców oderwała się ostatnio, niestety w kierunku przeciwnym do mety, oddalając się jeszcze bardziej od liderów w koszulkach Penguina, grupa polskich asów rynku książki. W strachu przed formatem cyfrowym obwieścili oni, iż nie będą dostarczać bibliotekom publicznym cyfrowych wersji swoich wydawnictw.


[Całość tekstu Mariusza Pisarskiego na stronie Ha!artu]
Wszyscy dziennikarze w tym mieście wiedzą, że Tusk ma wobec niezależnego dziennikarstwa taką samą paranoję, jak Kaczyński, tyle tylko, że nie wszyscy dziennikarze o paranoi Tuska polski lud informują. Zresztą problem w tym, że zarówno u Kaczyńskiego jak i u Tuska ta paranoja wobec dziennikarzy idzie w parze z coraz większym poczuciem własnej nad nimi przewagi. Od czasu, kiedy Tusk i Kaczyński rozpętali swoją wojenkę na górze (dzięki jej „autentyzmowi” zapewniającą im obu kompletną kontrolę nad polską sceną polityczną), dziennikarze przestali być dla nich jakimkolwiek problemem. Pogardzają dziennikarzami najzupełniej jawnie, ponieważ pogardzają ludźmi, którymi pogardzać mogą. A mogą pogardzać dziennikarzami, którzy ich nie lubią, bo mają dziennikarzy, którzy lubić ich muszą. 
Kaczyński „ma” dziennikarzy mediów publicznych (w tych kanałach i programach, którymi nie podzielił się z SLD, choć wzajemna lojalność jest na pewnym podstawowym poziomie przestrzegana na wszystkich częstotliwościach) oraz w mediach „antykomunistycznych” (cokolwiek by to miało znaczyć w 20 lat po upadku Muru) i w mediach o. Rydzyka. Tusk „ma” z kolei dziennikarzy we wszystkich mediach pozostałych. O ile oczywiście te pozostałe media i pozostali dziennikarze, żeby trochę odetchnąć od dyktatu PO, nie znajdą sobie jakiejś „trzeciej partii” czy „trzeciego kandydata”. Innymi słowy kogoś, czyja głowa będzie pasowała do torsu prezydenta Mościckiego równie dobrze, jak dzisiaj do tego torsu pasuje głowa Komorowskiego czy samego Tuska.


[Całość "Władców dziennikarskich marionetek" Cezarego Michalskiego do przeczytania na stronach KP]
Gimnazjum lub głąbonazjum (łac. nagi) – miejsce reedukacji nieletnich bandytów, handlu roślinkami oraz picia napojów produkcji ojczystej.
Gimnazjum to wielkie zbiorowisko dresiarzy, idiotów, debili, luzaków, emo, dzieci neo,dzieci gila, pokemonów, kindermetali, pedałów i maniaków Tokio Hotel, Blog 27, Epulsa, Metina, Tibii, czy CS'a. Uczy się ich nieco bardziej zaawansowanej wiedzy, niż w szkole podstawowej i w przedszkolu. Gimnazjum składa się z trzech klas, każda z innym poziomem trudności. Generalnie poziom wiedzy uczniów drastycznie spada wraz z każdą kolejną klasą, aż w końcu stają się głupsi niż przed podstawówką.
90% inteligencji polskiej uważa, iż gimnazjum należy zburzyć, spalić, zaorać i posypać solą, ażeby nigdy więcej się nie odrodziło.


[Całość hasła "Gimnazjum" na nonsensopedii]
Aula Uniwersytetu Warszawskiego, kilkaset osób słucha dyskusji "Czy Maryja była feministką". Katolickie działaczki kontra liberalne feministki. Stawiają problem: "Dlaczego właściwie kobieta nie mogłaby zostać papieżem?".
- Z powodów fizjologicznych - mówi nagle jedna z panelistek, lekarka, działaczka prawicowych ruchów pro-life Hanna Wujkowska. I opowiada, że z biologicznego punktu widzenia kobiety nie nadają się do pełnienia tej funkcji. - Tuż przed miesiączką dochodzi do swoistego obrzęku mózgu. Kobiety są tak przepełnione płynami fizjologicznymi, że ciężko im zachować zdrowy rozsądek. A co dopiero zarządzać czymś tak ogromnym, jak Kościół katolicki.


[za: gazeta.pl]
Jeśli w ciągu roku amerykańskie kino mainstreamowe (albo filmy niezależne, który odniosły sukces w głównym obiegu) podchodzi zbyt blisko cierpienia, biedy, patologii, śmierci, jeśli dotyka czegoś zbyt bolesnego – Oscary to moment, kiedy Hollywood mówi sobie „to był tylko sen”, „to był tylko film”. Aktorzy i aktorki, którzy oszpecili się dla roli, powracają w znajomych, glamourowych wcieleniach (jak Nicole Kidman czy Charlize Theron, nagrodzone za role w „Godzinach” i „Monster”), ci, którzy zmagali się z biedą i bezrobociem, olśniewają sukienką od Valentino (Julia Roberts, nagrodzona za „Erin Brockovich”), wcielenia zła okazują się skromnymi, angielskimi gentlemanami (Anthony Hopkins – „Milczenie owiec”), swojakami („Kimkolwiek jest Keyser Soze, tego wieczoru na pewno się upije” – Kevin Spacey po Oscarze za „Podejrzanych”) albo dobrymi synami, którzy drżącym głosem dedykują nagrodę swojej matce (Javier Bardem, nagrodzony za „To nie jest kraj dla starych ludzi”).


[Kuba Mikurda, całość tutaj: "Dwutygodnik"]
miało być tak, że się przenoszę na zupę, ale póki co jeszcze nie odkryłem, by można tam wyeksportować niniejszego blogaska z jego kilkoma setkami notek (póki co odkryłem, że nie można tego zrobić), więc zostaję przy blogspocie, bo mi jednak żal porzucać to wszystko, co w archiwum po prawej stronie. jeżeli jeszcze ktoś w ostatnich tygodniach wracał tutaj z nadzieją, że coś się w tym miejscu w końcu ruszy, niech wie, że tak będzie w istocie. przykłady poniżej. nie mogę w tym momencie obiecać, że to powrót do regularnego prowadzenia op.cit., bo w dalszym ciągu sporo życiowych zapętleń i zamętów, ale jest to możliwe. więc proszę was, wierni wyznawcy, zaglądajcie tutaj czasami, bo nie wiecie czy wasz autor nie będzie chciał was jeszcze kilka razy zaskoczyć.
aha, moja zupa, choć raczej będzie służyła jako kocioł, do którego spływać będą ścieki z twittera, blipa czy last.fm istnieje i jeśli ktoś byłby napalony na degustację to proszę bardzo:

http://innymislowy.soup.io/


- GW, wasz nieregularny redaktor inteligenckiego szmatławca.

W dobie Internetu papier w ogóle jest spóźniony.
Dlatego my, nie rezygnując z wydawania pisma, założyliśmy portal internetowy. Zmienił się świat i nie da się być oddziałem komandosów w kwartalniku.
„Krytyka Polityczna” daje radę.
A czytałeś ją?
Zwariowałeś?
Tego się nie da czytać, a zamęt czynią dzięki sprawnemu marketingowi i wpływowym przyjaciołom, a nie przez pismo.


[Mazurek rozmawia z Grzegorzem Górnym, "Rzeczpospolita"]
Szykuje nam się upiorny rok, zadręczą Chopina nami i nas Chopinem. W wyniku Roku Mozartowskiego do dzisiaj nikt nie chce rozmawiać o muzyce Mozarta. Pomysł Roku Chopinowskiego – fakt, że przez cały rok będziemy międlili Chopina – wydaje mi się antychopinowski i tragiczny, zważywszy na inteligencję, delikatność i inność jego muzyki. Czy naprawdę tym można tak łomotać przez rok?


[Andrzej Żuławski dla "Dwutygodnika"]

Z ostatniego rankingu Banku Światowego wynika, że przeciętna polska firma obciążana jest 40 różnymi podatkami, których obsługa zajmuje średnio 395 godzin w roku. Na świecie średnia liczba podatków wynosi 31. Ich obliczanie i przelewanie zajmuje 283 godziny. Pomyślmy tylko, że polski księgowy ma o ponad 100 godzin więcej przyjemności z obliczania podatków niż przeciętny księgowy światowy!


[Krzysztof Szczepaniak, Podatki dla przyjemności, "Przekrój" nr 3/2010, s. 18]